piątek, 8 listopada 2019

Nasz świat.


Nie do końca rozumiem sens umieszczenia na końcu wkładki zdania „…nie jesteśmy częścią waszego świata...”, bo w końcu jeśli ktoś nabył pierwsze demo Vermisst to nie spodziewał się psalmów w wykonaniu chóru kościelnego czy popowych piosenek o zakochanych dziewczętach. Takie rzeczy ze względu na limit wydawniczy i zasięg „marketingowy” trafiają tylko i wyłącznie do ludzi świadomych. Informuję więc zespół iż niestety, bardzo mi przykro, ale tak się składa, że jesteście częścią mojego świata, bo gracie panowie piwniczny black metal z leśnym posmakiem. A to moje środowisko naturalne.

Skoro już ustaliliśmy pewne sprawy i że trochę tu kulą w płot było na starcie, możemy przejść do konkretów, czyli muzyki. Tu na szczęście pudła nie ma, bo Vermisst trafia w moje upodobania, co jednak oznacza, że kariery stadionowej nie zrobi. Prawdopodobnie nie zrobi żadnej kariery, ale to bardzo dobrze, bo nie o karierę chodzi a poglądy na te sprawy kompozytora muzyki zawartej na debiucie znam i wiem, że nie spieszy się na afisze. Co też mnie cieszy. Trudno zresztą mówić o jakiejkolwiek karierze kiedy wydajesz demo w nakładzie stu pięćdziesięciu egzemplarzy na kasecie. Prawda, jakiś czas potem wychodzi ono jako split na CD i tu już liczba powala bo to całe trzysta sztuk. Żeby jednak nie zwariować od tego bogactwa chwilę potem kolejne demo dajesz światu znowu na kasecie i znowu w ilości akceptowalnej dla szarego zjadacza chleba, bez niepotrzebnych zapędów na złote płyty czy inne fryderyki. Wszystko wraca do normy i ścieżka „kariery” układa się jak należy. Cenię i szanuję, choć wolałbym te dwie demówki zobaczyć na CD. Rozmawiałem o tym z gitarzystą i wiem, że ma on po prostu bardzo konserwatywne podejście do sprawy czyli „demo powinno być na kasecie” - sam te czasy pamiętam doskonale, więc nie dyskutuję. Szanuję. Dobra, bo zaraz wyjdzie mi rozprawka filozoficzna na temat wizerunku i rozwoju zespołu Vermisst a miałem o muzyce. Szybko, krótko i na temat: osiemnaście minut piwnicy i lasu, choć więcej tu tej pierwszej. Brzmi to okropnie, czyli pięknie. Wokalista umiera w swych cierpieniach krzycząc opętańczo, klawisze malują krajobrazy atmosfery w tle tego wszystkiego (czasami będąc mocno z przodu, wręcz dochodzi do solówek) a perkusja brzmi jak zestaw wiader, czyli perfekcyjnie. Fajnie zaakcentowane są czasami blachy, ale tylko czasami, bo robią więcej szumu niż dźwięku. Jednym słowem miodzio moi mili. Ale to trzeba lubić. Ja na szczęście lubię. To jest po prostu szczery, niczym nie skażony, przez nic nie filtrowany, podziemny black metal. Bezpośrednie oddanie hołdu nocy i rogatemu, czerni, zimie i zagładzie waszego (znaczy wiecie, nie waszego, tylko tych co by tu nie weszli by poczytać) świata. Tak to wyglądało kiedyś i bardzo dobrze, że wciąż może tak wyglądać. Chrzanić wszystkich progresywnych kompozytorów od postu i siedmiu boleści. Black metal to las i piwnica i diabeł rogaty. Zapraszam, spotkacie tam Vermisst i mnie. Bo to jest nasz świat, który na przekór wszystkim będziemy trzymać przy życiu. 

Vermisst - „Emanacje prawiecznych widm”. Fallen Temple, kwiecień 2019.

(na zdjęciach egzemplarz promocyjny, czyli klasyczna bieda wersja dla pismaków - ale tak to proszę państwa powinno wyglądać, w przypadku tego wydawnictwa zgadza się wszystko)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz