środa, 6 listopada 2019

Black metalowa sztuka.


Trzeci album Neptrecus to drugi w tym roku krążek, który z niesamowitą skutecznością przenosi mnie w czasy średniowiecza. Oba pochodzą z Francji, bo pierwszym był Vehemence (o nim tutaj). Nie wiem co jest z tymi Francuzami, że tak doskonale potrafią przemycać czy wręcz epatować duchem tamtej epoki ale muszę im oddać pierwszeństwo w tej sztuce. „Ars Gallica” to krążek wspaniały i aż wstyd mi się robi gdy pomyślę, że ja tego zespołu wcześniej nie znałem.

Już pierwsze sekundy tego materiału wprowadzają mnie w odpowiednią atmosferę i nie znika ona do końca. Jak się nad tym chwilę zastanowić, to dochodzę do wniosku, że spory wpływ ma na to sam język francuski, to on w jakiś sposób kieruje mnie podświadomie na średniowieczne pola bitew i do odległych zamków dumnie wzrastających w mrocznych wiekach. O ile jednak Vehemence czynił to wręcz dosłownie o tyle Neptrecus przemyca ten klimat delikatniej, poza tym „Ars Gallica” idzie jeszcze dalej wstecz, bo wraz z nią trafiamy do czasów gdy zamków jeszcze nie było a na francuskich ziemiach panowali celtyccy bogowie. Nie zmienia to faktu, że atmosfera tego krążka jest obłędna i naprawdę – tylko Francuzi potrafią takie rzeczy robić. A ponieważ wiedzą też jak skomponować i nagrać doskonałą muzykę, efekt końcowy zachwyca. Neptrecus nie jest najbrutalniejszy, nie jest najszybszy, nie jest najbardziej zły i piwniczny, jest po prostu piękny. Dziwnie może to brzmieć w odniesieniu do black metalowego zespołu, ale tak odbieram ich muzykę. I ani trochę nie umniejsza to paryskiemu kwartetowi, bo przy całej swej estetyce i urokowi nie tracą na agresji czy mocy. Tu po prostu wszystko opakowane jest w niepowtarzalny smak dawnej Francji, wszystko pędzi ku myśli wysokiej i pięknej, wszystko chce być kunsztowne i zachwycające, zarazem jednak w żadnym stopniu nie miałkie i plastikowe. To ten black metal, który powiedział sobie, że samo wejście do piwnicy i sławienie rogatego to za mało. Neptrecus chce nam przekazać słowa ważne, bliskie ich sercom i dlatego robi wszystko by być w tym przekonującym. I to im się udaje. Mnogość melodii, zmian tempa, aranżacji i nastroju jest ogromna. A prawdziwa perła znajduje się w środku albumu i mam wrażenie jakby cała płyta została zbudowana wokół niej. „Fidelitas” trwa osiem minut i jest jednym z najlepszych black metalowych hymnów jakie słyszałem. Niektórzy powiedzą, że to prawie ballada i będą mieli trochę racji, bo ten utwór kojarzy się mocno ze średniowieczną balladą, jest oszczędny w środkach ale niesie wielki ładunek emocjonalny. Nic tylko wznieść puchary i chóralnie odśpiewać go nad trupami przeciwników, ku chwale swej ziemi, ku chwale przodków i samych siebie. Przed nim i po nim jest natomiast sześć doskonałych kompozycji, które nie dają o sobie zapomnieć pomimo tak potężnego towarzysza. Dzieje się tu tyle, a wszystko to w obrębie klasycznego black metalu, że jakiekolwiek głosy mówiące o wyczerpaniu tejże formuły można wsadzić pomiędzy bajki. Album miał premierę w połowie sierpnia i mam ochotę sam sobie zrobić krzywdę, że zainteresowałem się nim na poważnie dopiero jakieś dwa tygodnie temu. Dla mnie jedna z najlepszych tegorocznych rzeczy, która w czołówce będzie dumnie stać obok genialnego Vehemence i bronić honoru francuskiego black metalu. Bardzo skutecznie. Ale nic dziwnego, panowie epatują bojowym duchem i zapewne są uzbrojeni po zęby. Vive la France, Vive la Mort! 

Neptrecus - „Ars Gallica”. Purity Through Fire, sierpień 2019. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz