czwartek, 17 października 2019

Powrót weteranów.


Empheris to zespół z długą historią i bogatą dyskografią. Znam takich zapaleńców, którzy za punkt honoru postawili sobie skompletowanie wszystkich wydawnictw weteranów ze stolicy. Ci ostatni nie opierają swego wydawniczego dorobku o długograje, kiedy więc zdarzy im się takowego wypuścić jest to swego rodzaju wydarzenie. Od 2003 roku dopuścili się tego szaleństwa całe trzy razy, ostatnia taka chwila zapomnienia miała miejsce w kwietniu tego roku a dokładnie pierwszego kwietnia. Nie był to jednak primaaprilisowy żart, bo „The return of derelic Gods” to album z krwi i kości, namacalny i jak najbardziej dający się słuchać. 

Bez bicia przyznaję się, że całej dyskografii zespołu nie znam, bo jak już ustaliliśmy jest bardzo obszerna a panowie nigdy nie byli moimi faworytami w takim graniu, poza tym ja generalnie nie jestem wielkim fanem tego piekielnego black/thrashu. Mam swoich kilku ulubieńców, reszta mi się zlewa w jedno, szybko się nudzę i uciekam do swojej piwnicy w lesie. Ale nowy krążek Empheris zatrzymał mnie przy sobie na dłuższą chwilę, bo jest po prostu dobry. Ma w sobie wszystko czego oczekuję od takich płyt. Jest tu ogrom energii, moc, sporo – choć nie za dużo chwytliwości, agresja i przestrzeń. Utwory nie zlewają się w jedno, są wyraziste i skomponowane z pomysłem i polotem. Bardzo podoba mi się brzmienie tego albumu, ostre, mocne i klarowne na tyle, byśmy słyszeli dobrze wszystko to co najważniejsze, to co buduje ten album, czyli gitary. Tu robota została wykonana nad wyraz solidnie i ucho cieszy masa co najmniej dobrych riffów i spora ilość przyjemnych melodii. Czynią one z kilku numerów prawdziwe hity, ale wystarczy taki „Palladium in Fire” by wiedzieć, że przypadkowi ludzie tego krążka nie komponowali. No i jest to numer, który bez wątpienia kilka głów na koncertach rozbije. Albo początek ostatniego na płycie „Necromantic”! Nóżka sama się kiwa i rwie do tańca. Oczywiście takich momentów jest dużo więcej, bo w końcu to jedna z cech w takiej muzyce najważniejszych a ponieważ Empheris to nie nowicjusze to dobrze o tym wiedzą i wysmażyli krążek, który koncertowo i imprezowo może zamieść kilka podłóg klubowych. Jednak to za co tę płytę i sam zespół szanuję najbardziej, to pasja i szczerość. Kiedyś już pisałem, że kiedy grasz black/thrash to są to dwie najważniejsze rzeczy by być autentycznym. „The return of derelic Gods” ma w sobie tej pasji i szczerości bardzo dużo, co czyni go cholernie przekonującym i ja dałem się kupić i wierzę. Panowie pomimo tylu lat, tylu wydawnictw na karkach, wciąż potrafią w swoją muzykę tchnąć tę młodzieńczą pasję i ducha, tę szczerość czasami zalatującą naiwnością, ale jakże autentyczną. I pewnie dlatego ten krążek zatrzymał mnie przy sobie trochę dłużej niż przeciętny przedstawiciel takiego stylu. Nie będę tu pisał dyrdymałów, że będę do niego często wracał, że jeszcze chwila i będę znał go na pamięć. Nie. Nie będę miał czasu by wracać, bo za dużo ciekawych leśnych piwnic wokoło. Nie zapamiętam go, nie wkuję na blachę, raczej zapomnę dość szybko. Ale tych kilku godzin spędzonych z trzecim albumem Empheris nie żałuję i nikt mi tego nie odbierze. To były fajne godziny, fajny czas, może kiedyś spotkamy się gdzieś pod sceną? Chciałbym. 

Oby tak dalej panowie, szacunek za te wszystkie lata. 


Empheris - „The return of derelic Gods”. Old Temple, kwiecień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz