niedziela, 6 października 2019

Na właściwym kursie.


Nie będę po raz kolejny pisał, że Grief nie próżnuje, bo pisałem o tym w styczniu przy okazji poprzedniego albumu Nyctophilii. Prawdą jednak jest iż chłop nie lubi bezczynności bo oto po roku dostajemy kolejny, piąty już album jego flagowego projektu. Niektórym zbyt duża częstotliwość wydawnicza nie służy, jednak nie jest to problemem Griefa, bo „Bezdeń” to najciekawszy i najlepszy album w dyskografii Nyctophilii.


W styczniu pisałem, że „Ad Mortem et Tenebrae” to album, który ma dwa oblicza i zastanawiałem się w którą stronę muzyka projektu pójdzie na kolejnym. Dziś znam już odpowiedź i bardzo mnie ona cieszy, bo „Bezdeń” jest bliżej klasycznego, agresywnego black metalu niż którykolwiek wcześniejszy krążek Nyctophilii. Nie znaczy to wcale, że jest jednorodny i spójny, bo co to to nie. Jest wręcz chyba najbardziej zróżnicowanym albumem Griefa, ale to jego plus. Otwiera go dziesięciominutowy utwór tytułowy, który mógłby się z powodzeniem znaleźć obok otwieracza poprzedniej płyty. Jest tu szybkość, jest przestrzeń, jest agresja ale i ten wszechobecny w twórczości projektu smutek. I są wreszcie ciekawe wokale, na które narzekałem przy okazji „Ad Mortem...”. Tu praca za mikrofonem została wykonana doskonale i nie boję się zaryzykować twierdzenia, że Grief wskoczył na nieosiągalny wcześniej poziom. „Ku Bezkresowi Rzeczy” to krótka klawiszowa kompozycja po której otrzymujemy numer w klimacie otwieracza, tyle, że połowę krótszy. Po nim znowu klawisze, dłuższe i z nawiązaniami do ambientowego stylu Burzum. Brzmi to naprawdę ciekawie, szczególnie dla kogoś kto lubi ten ascetyczny styl i wplatanie takich dźwięków w black metalowe albumy. Kolejny utwór zaczyna się takim właśnie plumkaniem by przerodzić się w dziewięciominutowego potwora pełnego szaleńczego tempa, świetnych głosów, ciekawych klawiszy oraz oczywiście kilku fragmentów atmosferycznych (DNA to DNA). Zdecydowanie najlepsza kompozycja, choć nie odstająca jakoś znacząco od reszty, bo album pod względem poziomu jest wyrównany. Całość zamyka kolejna klawiszowa kompozycja zatytułowana po prostu „Outro”. 

Pomimo przyspieszenia, zwiększenia agresywności i mocy, dominuje tu - jak w przypadku poprzednich albumów - klimat i atmosfera. Nie jest to po prostu już czasami nudnawy "atmosferyczny" black metal przy którym człowiek ma ochotę rzucić się z mostu (w większości wypadków powodem byłby poziom muzyczny), tylko melancholia i smutek zmieszane z gniewem i rozpaczą. Bezsilnością. Ten album jest jak rozpaczliwy krzyk zamknięty w jaskini bez wyjścia i miotający się po niej w furii i gniewie. 

I jest to też fajny krążek. Tak po prostu. Nic wybitnego, nic odkrywczego, choć dla samego projektu to duży krok naprzód i co najważniejsze w dobrym kierunku. Grief pokazał, że doskonale odnajduje się w szybszych tempach, że ma zmysł do połączenia swych black metalowych kompozycji z klawiszowymi i że potrafi zbudować płytę zróżnicowaną, ale nie bałaganiarską i chaotyczną. Album, który niesie nowe, otwiera dla projektu sporo przestrzeni na przyszłość, ale ma w sobie ducha dotychczasowej twórczości. Liczę, że projekt pozostanie na tym torze w najbliższej przyszłości, bo sporo tu jest jeszcze potencjału do wykorzystania i dróg do wydeptania. Oby tak dalej. 


Nyctophilia - „Bezdeń”. Wolfspell Records, wrzesień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz