czwartek, 24 października 2019

Finlandia po niemiecku.


Niemcy, choć metalowo prężne, kojarzą się raczej z thrash metalem i tymi wszystkimi „wackenami” a nie z mocnym black metalowym podziemiem. I choć ostatnio to ostatnie zmienia się na plus, tamtejsza scena nigdy nie dorobiła się swojego własnego charakterystycznego stylu. Weźmy choćby takie Totenwache. Pochodzą z Hamburga ale równie dobrze mogliby z Helsinek, Turku czy Kuopio. Niedawno wypuścili debiutancki album i jest to jeden z lepszych krążków z fińskim black metalem w ostatnich miesiącach. A już tak całkiem poważnie, to po prostu bardzo dobra black metalowa płyta.

Po raz pierwszy z „Der Schwarze Hort” zetknąłem się krótko po premierze, która miała miejsce jedenastego sierpnia, wtedy jednak po prostu zapisałem Niemców do kolejki odsłuchowej i zapomniałem. A szkoda, bo trochę sobie teraz pluję w brodę zasłuchując się w ich muzyce od kilkunastu dni. I kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że okładka mogłaby być opatrzona logo choćby Satanic Warmaster, bo po pierwsze bardzo lubię wspomniany fiński projekt, po drugie po prostu uwielbiam takie granie. A skoro Fin ostatnio milczy to czemu sobie tej pustki nie wypełnić? Przywołałem skojarzenie najbardziej oczywiste, które pojawia się po minucie „Der Schwarze Hort” ale można tu wymienić jeszcze co najmniej kilkanaście nazw z kraju tysiąca jezior. Tylko że to tak naprawdę nie ma sensu, bo Niemcy sami pracują na wysoką ocenę pod nikogo się nie podpinając. Znane są wszak przypadki kompletnie nieudanego grania w ciekawym stylu. A tego o nich nie można powiedzieć bo debiut wypełniony jest porywającym materiałem, którego nie powstydziłby się żaden krajan łosi i Muminków. Wielu może wręcz zazdrościć. Doskonale słucha się tego krążka, który pomimo swego prawie godzinnego czasu trwania (co zdecydowanie nie jest standardem w gatunku) przelatuje stanowczo za szybko i pozostaje tylko ponowny odsłuch. Decyduje o tym przede wszystkim jakość tych kompozycji, ich niesamowita chwytliwość i energia. Na szczęście nie można tej chwytliwości utożsamiać z cukierkowatością czy komercyjnym podejściem do sprawy w stylu wspomnianych już na wstępie „wackenów”. Totenwache odnajduje odpowiedni balans w swej twórczości oferując nam album przystępny ale nadal podziemny, szczery, naładowany emocjami i w żadnym wypadku nie plastikowy. A to że są tu hiciory? Jasne, są, ale nie od dziś wiadomo, że black metal to gatunek dla nich wręcz stworzony, szczególnie gdy naładowane są emocjonalnie a tak jest w przypadku kilku kompozycji z „Der Schwarze Hort”. Jest to jednak dzieło na tyle równe, że nawet tych kilka najbardziej zapadających w pamięć utworów z niesamowicie charakterystycznymi i mocnymi motywami przewodnimi nie wystaje bardzo ponad całość. Nie ma tu po prostu słabego momentu, ani chwili nudy. Z drugiej strony nie ma tu też absolutnie niczego odkrywczego czy nowatorskiego. I bardzo dobrze. To jest po prostu black metal w esencjonalnej formie podany w bardzo atrakcyjny sposób. Ale nadal black metal taki który się szanuje, poważa i nie trzeba obawiać się o skojarzenia z cyrkiem czy innym kabaretem. Kawał solidnej black metalowej roboty. Ja jestem kupiony totalnie. Jasne, teraz mam najzwyklejszą fazę na ten krążek, ale wiem, że będę do niego wracał. 

Co ciekawe, album nie doczekał się wydania przez jakąkolwiek wytwórnię (poza wersją kasetową), możecie więc nabyć CD wydane przez sam zespół za pośrednictwem ich bandcampa. 


Totenwache - „Der Schwarze Hort”. Wydanie własne, sierpień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz