wtorek, 15 października 2019

Bez głosu.


Gdy pierwszy raz wziąłem do ręki „Loneliness of My Life” moje myśli automatycznie poleciały ku Tolkienowi. Trudno by było inaczej, skoro zespół (a właściwie jednoosobowy projekt, choć już nie, no ale na tym albumie jeszcze tak) nazywa się Ethir Anduin. Zaraz potem przeraziłem się kolejnych łzawych opowieści o Nazgulach i Sauronie (nie żebym nie lubił opowieści o Nazgulach i Sauronie, niestety w metalu to nie zawsze się udaje) i nabrałem dystansu. Zupełnie niepotrzebnie, bo rosyjski projekt to rzecz ambitna, bogata i przede wszystkim instrumentalna.


Trzeba mieć sporo fantazji by nagrać album instrumentalny trwający ponad godzinę. Fantazji, odwagi i przede wszystkim umiejętności. Spotkałem się już i z takimi płytami i takimi zespołami czy projektami, ale ponieważ wokal w metalu to rzecz istotna, jest ich naprawdę niewiele. A skoro istotna, to trzeba go czymś zastąpić na tyle udanie, by nikomu jego brak nie doskwierał. I twórcy tego albumu, Fenrirowi, w dużym stopniu się to udało. Piszę „w dużym”, bo album jest po prostu bardzo długi i w pewnym momencie człowiek zaczyna trochę do tych wokalnych partii tęsknić. Ale na pewno nie na tyle, by wyłączyć płytę i wrzucić do odtwarzacza coś innego. Warto ten album skonsumować w całości, on zresztą jest bardzo dobrym tłem dla innych czynności. To taka trochę ścieżka dźwiękowa filmu zwanego codziennością. Może trochę spłycam ten album wbrew intencjom twórcy ale pasuje mi on do wieczoru z książką czy dnia spędzonego na spacerach i czynnościach domowych nie wymagających uruchamiania niczego bardzo głośnego. My robimy swoje a „Loneliness of My Life” sobie gdzieś tam z tyłu płynie. Nie przeszkadza, nie absorbuje nadmiernie, ale potrafi zwrócić na siebie uwagę, bo jest to płyta bogata. Musi taka być, byśmy pomimo braku wokali odbierali ją jako pełnoprawną. Rosjanin zrobił co tylko mógł, by nas nie zanudzić i zamierzony efekt osiągnął, bo choć nie jest to album pędzący do przodu jak ekspres relacji Katowice – Gdynia to nie jest to też pod żadnym pozorem parowóz bez węgla smutnie rdzewiejący na bocznicy. Niech nie zwiedzie Was tytuł - „Loneliness of My Life” nie jest wcale taki smutny jak mógłby to sugerować tytuł. Dominują tu średnie tempa ale w żadnym wypadku nie można ich określić grobowymi. Pewnie, nie jest to też fontanna radości ale bywają momenty wesołe, eksplodujące masą ciekawych dźwięków, bo melodii jest tutaj zatrzęsienie. No i przede wszystkim ciężko muzykę Ethir Anduin nazwać black metalem, bo choć jest on tu fundamentem, to ten pałac ma w sobie dużo więcej wpływów i inspiracji. Fenrir zgrabnie to wszystko miesza, przeplata i podaje w formie bardzo atrakcyjnej i przystępnej. Wszystko to powoduje, że ta godzina to czas spędzony przyjemnie i dla ucha i dla ducha. Płyta nie narzuca żadnej konkretnej interpretacji kompozycji, bo choć tytuły są życiowe (czyli komponują się z tytułem albumu) to bardzo łatwo podczas odsłuchu uruchomić wyobraźnię a to przecież sprawa wielce osobista i każdego może zaprowadzić gdzieś indziej. Moim skromnym zdaniem warto wybrać się w tę podróż. Ja byłem i nie żałuję. 

Ethir Anduin istnieje od 2006 roku i trochę już zdążył wydać, ale nie mam pojęcia czy wcześniejsze materiały też są instrumentalne. Od tego roku jest to już duet, bo za mikrofon wskoczyła urocza pani, wygląda więc na to, że idą zmiany. Czy to się sprawdzi? Pewnie tak, bo jakoś dziwnie jestem spokojny o kompozytorskie możliwości Fenrira. 


Ethir Anduin - „Loneliness of My Life”. Symbol of Domination Productions / More Hate Productions, listopad 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz