czwartek, 10 października 2019

Alkahest pierwszy.


Na przestrzeni trzech miesięcy wydane zostały dwa albumy o tym samym tytule. W czerwcu szwajcarski Kvelgeyst wypuścił krążek zatytułowany „Alkahest” a w sierpniu płytę o tym samym tytule zaprezentował światu holenderski Oculus Vacui. I choć podobieństw jest więcej, bo oba dzieła są debiutami wspomnianych zespołów i osadzone są w uniwersum black metalu, to zdecydowanie więcej je dzieli. Chronologia może być tu wskaźnikiem jakości, bo szwajcarski „Alkahest” jest zwyczajnie lepszy, ale to przecież nie zawody, więc najbezpieczniejszym stwierdzeniem będzie iż jest po prostu inny i w tej swej inności ciekawszy. I dziś właśnie o nim.

Kvelgeyst pochodzi z Zurychu i związany jest z Helvetic Underground Committee co samo w sobie jest gwarantem przyzwoitego poziomu (wystarczy wspomnieć o ostatnich albumach takich zespołów jak Dakhma, Lykhaeon czy Ungfell i wszystko jasne). Istnieje od 2015 roku jednak dopiero kilka miesięcy temu cokolwiek wydał. I to od razu pełniaka - jak startować to z grubej rury i z klasą, bo album to bardzo dobry. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że trwa prawie czterdzieści minut i podzielony jest na sześć długich kompozycji. No i dzieje się moi drodzy, oj dzieje! Od pierwszych sekund panowie nie próbują bawić się z nami w podchody, tylko biorą szturmem co ich, czyli uwagę słuchacza. To black metal, bez dwóch zdań, ale napędzany siłą klasycznego metalu, czuć tu ten motor z lat osiemdziesiątych i gatunków, które nigdy tą największą ekstremą nie były. Ale to nie wszystko, bo Kvelgeyst potrafi nas zarazem wprowadzić na pradawny rytuał w ciemnym lesie, o którym okoliczni mówią, że straszy. Momentami biegniemy szaleńczo przez ten zapomniany bór, słysząc chichoty, śmiechy i krzyki, oglądając się za siebie, bo chyba ktoś nas dotknął. Gęsia skórka, ciarki i znowu ten szaleńczy pęd. Szwajcarzy z rzadka pozwalają nam odetchnąć, dopiero pod koniec albumu, kiedy mają już w garści, otoczonych na jakiejś zamglonej polanie, muzyka sprawia wrażenie zmęczonej po tej całej gonitwie, ale ani trochę mniej złowieszczej. Zaszczuci patrzymy we wszystkie krańce tej niewielkiej polanki a diabelne chichoty ocierają się o nas z każdej strony. Tak, to już ostatnie chwile, wszystko skończone, ale sam koniec jest spokojny – odchodzimy z tego padołu przy akompaniamencie klawiszy. 

Świetna płyta. Dzikość, szaleństwo, moc. W pewnym stopniu świeże podejście do black metalu, bez najmniejszej straty autentyczności czy siły przekazu. I ta energia! No to jest największa siła tego albumu, choć nie – największą jest umiejętne połączenie tejże energii z atmosferą grozy. Grozy delikatnie ludowej, przyziemnej, takiej z bajań i opowieści. Dla mnie połączenie świetne, bo ja takie klimaty łykam jak motłoch słowa proboszcza. Powiedzmy sobie szczerze – jest sporo silnych black metalowych zakątków na Świecie ale nie można już wśród nich nie wymieniać Zurychu i jego Helvetic Underground Committee. Jeden z najlepszych debiutów w tym roku. 

I to urzekające logo! 


Kvelgeyst - „Alkahest”. Vendetta Records, czerwiec 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz