niedziela, 13 października 2019

Alkahest drugi.


W czwartek pisałem o pierwszym a ponieważ niedziela jest po czwartku to dziś będzie o drugim. Chronologia to ważna rzecz, do tego ten faktycznie jest u mnie po tamtym, czyli po debiucie Szwajcarów z Kvelgeyst. Nie znaczy to wcale, że „Alkahest” holenderskiego Oculus Vacui znalazł się tutaj tylko i wyłącznie przez zbieżność tytułów. To po prostu płyta inna, z cyklu tych, które lubię ale nie łykam bez popitki, bo nie wszystko mi tu do końca odpowiada.

Teoretycznie powinno, bo to udany krążek, jednak jak dla mnie zbyt monotonny. Lubię długie i transowe numery, Holendrzy niestety trochę przesadzili, bo pomimo iż kompozycje są ciekawe to zlewają się w jedno i w pewnym momencie czuję się zagubiony. Nie wiem który utwór właśnie trwa, bo na upartego mógłby być poprzednim. I gdybyśmy te wszystkie cztery kompozycje złączyli w jedną, to pewnie nie odczułbym różnicy a pięćdziesiąt sześć minut w takim układzie to jednak za dużo. Nie zmienia to faktu, że każdego kawałka z osobna słucha się z przyjemnością, po prostu w pewnym momencie następuje przesyt. Holendrzy potrafią zbudować gęstą atmosferę, wciągającą nas ścianę dźwięku, coś na kształt czarnej dziury z której dobiegają opętańcze wokale niesione echem cierpienia, potrafią to wzbogacić o ciekawe choć oszczędne melodie, wiedzą jakie brzmienie nadać swej muzyce by wszystko tu było zrobione na poziomie. I faktycznie jest. Gdyby ten album był połowę krótszy, słowa bym nie powiedział, bo w moim odczuciu byłby to kolejny „jeden z lepszych debiutów tego roku”. Oczywiście moje narzekanie na długość dzieła nie powinno was w żadnym stopniu od niego odpychać, bo po pierwsze naprawdę warto poznać otchłań wykreowaną przez holenderski duet, po drugie jeśli ktoś lubi takie kolosy to jest to album stworzony dla niego i powinien być zachwycony. Ja jestem człowiekiem, który lubi skończyć jeśli już zaczął a w czasach gdy tego czasu coraz mniej by na spokojnie usiąść do płyty, taki tasiemiec nie jest prosty do przetrawienia. Dorywczo też większego sensu to nie ma, bo nie dostajemy pełnego obrazu płyty. Ktoś w takim razie powie – przecież wystarczy pierwszego numeru posłuchać i pomnożyć razy cztery. No nie do końca, bo choć bardzo podobne, mają swoje różnice. W trzecim, najkrótszym (tylko siedem i pół minuty), wyróżniają się gitary, to chyba kompozycja gdzie wysunięte są najbardziej. To prawdopodobnie najlepszy utwór, choć z drugiej strony album jest bardzo wyrównany i prawdę mówiąc – wszystkie numery są dobre. Tylko wszystkie jak dla mnie o połowę za długie. W jakimś stopniu ten bardzo długi czas trwania wynagradza atmosfera, bo ta jest tutaj naprawdę urzekająca. Mizantropia, mrok, smutek, gniew – wszystko to się tutaj miesza w najczarniejszej czeluści pełnej niespełnionych nadziei i rozbitych pragnień. Powoduje ona też, że to nie jest album „do czegoś” czy „podczas czegoś”. To jest krążek do którego należy usiąść i się w nim zanurzyć. A o to trudno, o czym już pisałem. Jak ktoś ma więcej czasu, to polecam bardzo, bo jestem pewien, że „Alkahest” Oculus Vacui znajdzie wielu gorących zwolenników. Zasługuje na to. 

W meczu „Alkahestów” 1:0 dla Szwajcarów, choć pisałem już uprzednio, że to przecież nie zawody, więc nie traktujcie tego poważnie. Mam też przekonanie, że wielu stwierdzi zupełnie inaczej i to holenderski duet zgarnie trzy punkty. Bo tu przecież działa zasada w tym wszystkim najważniejsza – co się komu podoba. A oba mają prawo się podobać. No i fajnie się złożyło, że w tak krótkim odstępie czasu wyszły albumy o tym samym tytule. Nie kojarzę innego takiego przypadku, ale ja mam już starczą demencję, więc nie bierzcie tego za pewnik. 

Oculus Vacui - „Alkahest”. Dawnbreed Records (kaseta) / GoatowaRex (winyl), sierpień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz