wtorek, 24 września 2019

Wycieczka nad jeziora.


Kiedy z Werewolf Promotion do recenzji przyszła wydana w formacie A5 nowa płyta zespołu o nazwie, której do tej pory nie potrafię wymówić bez łamania języka pomyślałem – ki diabeł? No bo spróbujcie bez poplątania wymówić Piarevaracień. Nawet trening niewiele pomaga. Nazwa nic mi kompletnie nie mówiła, nie miałem żadnych oczekiwań, pomyślałem sobie, że to pewnie jakiś totalny leśny  ultra piwniczniak i Szymon wydał w ramach bratniej pomocy pomiędzy słowiańskimi narodami (wtedy już wiedziałem, że to Białorusini). Długo odkładałem krążek na bok aż wreszcie coś mnie podkusiło i postanowiłem odpalić. I nie żałuję.

Bo to wcale nie jest żaden totalny leśny ultra piwniczniak (choć przecież lubię takowe) na którym nie słychać nic poza opętanymi wrzaskami wokalisty. Okazuje się też, że zespół ma już trochę historii na karku, zdążył wydać wcześniej pięć płyt i dwa splity! Nie znam żadnej z nich, dla mnie więc „Nad Krajem Brasłauskich Aziorau” jest debiutem Piarevaracień. Tytuł mnie zaintrygował, bo przecież lubię geografię, szybko więc zlokalizowałem owe jeziora i przyznaję – robią wrażenie (dla leniuchów – Brasławska grupa jezior to ok 50 jezior położonych na północy Białorusi, blisko granicy z Łotwą i Litwą). Jeśli ktoś tak tytułuje album, oczekuję, że będzie umiał muzycznie zachęcić mnie do odwiedzenia tego rejonu, jak się jednak okazuje – tylko jeden utwór zdaje się traktować bezpośrednio o wspomnianej krainie, reszta porusza tematy ojczyzny, dumy, historii. Nic to, ten jeden jest na tyle ładny, że czuję się zaproszony za naszą wschodnią granicę. Ale to jeszcze nic, bo okazuje się, że pozostałe też są ładne (poza jednym, ale do tego wrócimy). Trudno jest określić gatunek muzyki wykonywany przez Białorusinów, bo mieszają się tu elementy black, heavy, thrash, doom metalu z rockiem, hard rockiem i folkiem. Niektóre gitarowe wędrówki to Paradise Lost, czasami Anathema, kiedy indziej rasowy północny black czy spokojniejsze dźwięki hard rockowych legend. Szczególnie pierwsze trzy utwory nie przystają do tego co sobie wyobrażałem, bo z black metalem mają wspólnego tyle co ja z różniczkowaniem. Mają za to dużo wspólnego z dobrą muzyką metalową w szerokim tego słowa znaczeniu. Naprawdę jest tu dużo momentów najzwyczajniej pięknych, bo trudno to inaczej określić. Sporo smutku, melancholii, wolnych temp, zadumy, czystych wokali i od cholery melodii! Nieco inaczej ma się sprawa z trzema ostatnimi numerami. Tu już black metalu i opętanych wokali jest dużo więcej. Trafiają się elementy z „pierwszej” części płyty, ale są w zdecydowanej mniejszości. I w tej stylistyce Piarevaracień się broni. Ich black metal jest trochę przestrzenny, rzekłbym lekki w swej formie i treści, nie schodzą do czeluści piwnic, dają raczej duszy pohulać po łąkach i polach. Nie zmienia się natomiast jedno – przesycenie muzyki atmosferą i klimatem, nasycenie uczuciami, głębia. Choć można by pokusić się o stwierdzenie, że pierwszy trzy numery nagrał zupełnie inny zespół, to wrażliwość tej muzyki podpowiada, że jednak byli to ci sami panowie. Bardzo mi to odpowiada, bo ja lubię takie emocjonalne albumy i choć końcowe partie tego krążka są mi bliższe to i te otwierające trafiły w mój gust. Nie wiem w jakim stylu grali wcześniej ale w świetle tej ostatniej konstatacji nie ma to większego znaczenia – będę musiał zapoznać się z poprzednimi albumami. Na koniec zostawiłem sobie przerywnik pomiędzy obiema częściami płyty, trzyminutowy numer, który (sądząc po tekście) jest odezwą do narodu białoruskiego i jak mniemam w założeniu miał być energetyczny i bojowy. Energetyczny jest, szkoda tylko, że bardziej nadaje się na dyskotekę niż metalowy koncert. Niech to posłuży za argument dlaczego ta kompozycja mi się nie podoba. Nie będę się więcej pastwił, bo reszta płyty jest naprawdę świetna. Zdecydowanie jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Polecam. 

Piarevaracień - „Nad Krajem Brasłauskich Aziorau”. Werewolf Promotion, kwiecień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz