czwartek, 12 września 2019

Quebec, czyli znak jakości.


Kanadyjczycy potrafią. I niczego nie zmienia fakt, że głównie ci z Quebecu, bo tamtejsza scena mogłaby obdzielić swym dobrem kilka innych krajów. Na uznanie zasługuje też fakt, że pomimo dużej liczby zespołów czy projektów jakość jest wciąż na wysokim poziomie. Kolejnym tego potwierdzeniem jest najnowszy materiał Monarque i choć to tylko epka to ma do zaoferowania sporo.

Jedyny problem jaki mam z tamtejszą sceną a w zasadzie ich twórczością, to język. Quebec należy do francuskojęzycznej części Kanady a ja z francuskim zawsze byłem na bakier. Trochę mnie to irytuje bo bardzo lubię zagłębić się w zawartość liryczną każdego wydawnictwa, niestety tu mam problem. Jeśli zaś odnieść ten kłopot do ostatniego materiału Monarque to ogniskuje się on na tytule – można sobie na nim połamać język, więc nie będę nim za często operował. „Jusqu’a la Morte” trwa nieco ponad dwadzieścia minut i nie przynosi niczego specjalnie nowego w kontekście stylu zespołu. Nie jest to zła informacja, bo Monarque od dawna trzyma wysoki poziom i każdy dotychczasowy materiał był co najmniej dobry. Nie inaczej jest tym razem, może wręcz jest trochę lepiej. Trzy utwory utrzymane w stylu charakterystycznym dla tamtejszej sceny. Dobra, może poza ostatnim ale do tego dojdziemy. Mamy tu do czynienia z black metalem gęstym, zwartym, monolitycznym a jednak w dużym stopniu przestrzennym. Kanadyjczycy potrafią to robić, wystarczy choćby przytoczyć tu Forteresse (pomiędzy oboma zespołami istnieją koneksje personalne) czy Cantique Lepreux. Brzmienie tego materiału jest klarowne, mocne i wyraźne a jednak nie mamy wątpliwości, że to materiał podziemny. To też jest coś co wyróżnia produkcje z Quebecu – panowie doskonale wiedzą jak pójść daleko ale nie za daleko. Tak by nikt nie pomyślał, że będziemy gładcy jak popowcy ale też by wszystko co istotne było wyraźnie słyszalne. Kolejnym stałym już punktem programu jeśli chodzi o black metal z tamtej części Kanady są klawisze. Oni naprawdę doskonale opanowali sztukę użycia tego instrumentu i potrafią dzięki niemu świetnie budować atmosferę a często wręcz rysować całe krajobrazy. Ta zdolność prowadzi nas do zamykającego płytę kolosa – trwającego dziesięć minut „Le grand deuil”. W tej kompozycji, która przez długi czas sprawia wrażenie utworu instrumentalnego, klawisze zostały użyte w sposób przypominający ten z debiutu Emperor. Są tu kluczowym instrumentem, przewodnią ścieżką, treścią oraz tłem. Bez nich ten doskonały utwór nie miałby ani grama swego klimatu. Świetnie jest tu zbudowana dramaturgia, kompozycja ma długi wstęp ale nie służy on samemu sobie, bo z każdą minutą utwór rośnie by wreszcie osiągnąć apogeum. Bardzo ale to bardzo udana rzecz i świetne zamknięcie materiału. 

„Jusqu’a la Mort” potwierdza doskonałą kondycję Kanady. Po takich dwudziestu minutach warto czekać na kolejne wydawnictwo Monarque. Zresztą, nie tylko ich. Naprawdę warto śledzić bacznie tamtejszą scenę, bo dzieje się tam dużo ciekawego i szczerze mówiąc nie pamiętam by w ostatnich latach cokolwiek stamtąd mnie zawiodło. 

Monarque – „Jusqu’a la Mort”. Sepulchral Productions, czerwiec 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz