niedziela, 15 września 2019

Kanada to nie tylko Quebec.


Dopiero co chwaliłem Quebec (recenzja Monarque) za ich black metal a tu nagle bez żadnych kompleksów wjeżdża debiut pochodzącego z Winnipeg Nocturnal Departure. I to jak wjeżdża! Z drzwiami, oknami i bez ograniczeń prędkości. „Cathartic Black Rituals” od kilku dni zamiata mi w głowie lepiej niż sprzątaczka z dwudziestoletnim stażem i czuję, że to jeszcze trochę potrwa.


Czyli nie tylko na wschodzie Kanady potrafią, bo i w rejonach centralnych. A są to rejony anglojęzyczne co mi mocno ułatwia sprawę, bo po prostu więcej rozumiem. Niby nic wielkiego, ale jednak dodatkowy plus. Zostawmy już jednak Quebec, jego całą glorię i chwałę (niczego umniejszać mu nie zamierzam!) i wszelkie porównania, bo Nocturnal Departure to muzycznie trochę inny świat. Trio (warto wspomnieć że na basie gra kobieta) z Winnipeg swój black metal podaje w formie mieszanki nowego i starego. Przepraszam, starego i starszego. Klasyczny black miesza się tu z klasycznym „ugh!”. Jaki jest tego efekt? Doskonały! Album kopie po zadku aż miło. Dzięki wpleceniu nut lat osiemdziesiątych muzyka zyskuje trochę ciężaru ale i energii. Doskonałym przykładem jest trzeci „Ritualistic Vomit”, którego riff przewodni kładzie na plecy. Ale już w drugim „Dismal Existence” pierwszy wjazd a la Celtic Frost powoduje przyspieszony puls i szeroki uśmiech. Pozytywne jest to, że nie są to elementy upychane na siłę i gdzie się da. Wszystko wymieszane jest ze smakiem i w odpowiednich dawkach, poza tym bazę tego albumu stanowi jednak klasyczny czarci metal lat dziewięćdziesiątych. „Cathartic Black Rituals” skomponowany jest z pomysłem i polotem. To album bardzo dobrze wyważony i zagrany – co naprawdę słychać – przez wprawionych muzyków. Perkusista odwala kawał świetnej roboty nie ograniczając się wyłącznie do werbla i stopy, gitarzysta potrafi wyciąć całkiem fajną solówkę (co samo w sobie jest szokujące, bo kto słyszał w black metalu solówki? - ale to po prostu kolejny odnośnik do lat osiemdziesiątych), bardzo dobre są też partie wokalne. Umiejętności i ciekawie skomponowane utwory wspiera bardzo dobre brzmienie. Jest gęsto, jest ciężej niż w przypadku standardowej czarnej produkcji, jest też całkiem klarownie acz nie na tyle by zapaliła się czerwona lampka a album podbił listy przebojów. Tak jak w sferze kompozycyjnej płyta została dobrze wyważona tak i w kwestii brzmienia. Jest to po prostu fajny miks tendencji z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale najlepiej ze wszystkiego brzmi werbel – tak perfekcyjnego wiadra dawno nie słyszałem. Brzmi cudownie! Wszystko to zebrane do kupy powoduje, że te czterdzieści minut to jeden z najlepszych tegorocznych debiutów. Polecam gorąco i z czystym sumieniem, bo trudno mi sobie wyobrazić, że komukolwiek ten materiał wyda się nudny czy nieciekawy. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne wydawnictwa zespołu. 

Niech was tylko nie zrazi intro, które jest… hmm… ciekawe jest no, nie wiem tak naprawdę co o nim napisać, bo nawet po kilkunastu przesłuchaniach wciąż mnie zaskakuje. 

Debiut Kanadyjczyków ukazał się na trzech różnych nośnikach, więc chyba nie będzie tak trudno go dorwać. Szukajcie, jak mówi pismo. Warto. 


Nocturnal Departure - „Cathartic Black Rituals”. Les Fleurs du Mal Productions (kaseta) / Redefining Darkness Records (CD) / Death Kvlt Productions (winyl), sierpień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz