czwartek, 19 września 2019

Bez wymówek.


Kilka razy zastanawiałem się co bym napisał o albumach takich jak „Exercises in Futility” czy „With Hearts Toward None”. Bo przecież nie można by ich pominąć. Na szczęście gdy one się ukazywały nie pisałem o muzyce, także te rozważania i dywagacje pozostaną tylko i wyłącznie rozważaniami. Ale oto mamy 2019 rok i przyszła kryska na matyska. Mgła wydaje „Age of Excuse”, ja na swoje nieszczęście piszę o muzyce i nie wykpię się rozważaniami (a tak bym chciał, bo naprawdę boję się pisać o tej płycie). Nawet przed samym sobą. Bo przecież tego albumu pominąć nie można. Ale co napisać o płycie, o której wszystko już napisano a każdy ją słyszał? Może lepiej poszukać wymówek, w końcu takie mamy czasy?

wtorek, 17 września 2019

Perfekcyjna setka.


Jak już zapewne zdążyliście się zorientować, jestem wielkim fanem black metalu wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Black metalu prostego, szczerego, piwnicznego i podziemnego. I choć uwielbiam słuchać klasyki gatunku to każde nowe wydawnictwo nawiązujące do tamtych lat, czy też po prostu tchnące szczerością, witam z otwartymi ramionami. Dlatego właśnie piszę dziś o holenderskim Vaal, bo w przypadku tego tworu trudno uciec od porównań, szczególnie z rodzimą sceną sprzed dwudziestu kilku lat.

niedziela, 15 września 2019

Kanada to nie tylko Quebec.


Dopiero co chwaliłem Quebec (recenzja Monarque) za ich black metal a tu nagle bez żadnych kompleksów wjeżdża debiut pochodzącego z Winnipeg Nocturnal Departure. I to jak wjeżdża! Z drzwiami, oknami i bez ograniczeń prędkości. „Cathartic Black Rituals” od kilku dni zamiata mi w głowie lepiej niż sprzątaczka z dwudziestoletnim stażem i czuję, że to jeszcze trochę potrwa.


czwartek, 12 września 2019

Quebec, czyli znak jakości.


Kanadyjczycy potrafią. I niczego nie zmienia fakt, że głównie ci z Quebecu, bo tamtejsza scena mogłaby obdzielić swym dobrem kilka innych krajów. Na uznanie zasługuje też fakt, że pomimo dużej liczby zespołów czy projektów jakość jest wciąż na wysokim poziomie. Kolejnym tego potwierdzeniem jest najnowszy materiał Monarque i choć to tylko epka to ma do zaoferowania sporo.

wtorek, 10 września 2019

Wcale nie taki bezużyteczny.


Useless nigdy do moich podziemnych faworytów nie należał pomimo tego posiadam ich pierwsze dwa albumy bo jest to zespół intrygujący i solidny. Nie na każdą okazję, nie na każdy nastrój, powiedziałbym wręcz, że raczej rzadziej niż częściej, ale daleko im do zespołu którego nie chciałbym znać lub sprawdzałbym jakość lotu ich krążków. Wiadomość o premierze trzeciego pełniaka przyjąłem ze spokojem i bez nadmiernej ekscytacji, jednak już sama okładka sprawiła, że poczułem lekki dreszczyk emocji.

niedziela, 8 września 2019

Krew tyrana.


O Ancient Flame pierwszy raz usłyszałem bodajże w marcu (albo raczej w kwietniu) tego roku kiedy to ktoś wrzucił link do bandcampa zespołu na naszą fejsbukową grupę. Nazwa, okładka oraz tytuł płyty zwróciły mą uwagę na tyle, by posłuchać. Spodobało mi się, więc „Tyrant Blood” powędrował do kolejki materiałów do recenzji a ponieważ była ona długa, to w międzyczasie pojawiła się informacja, że materiał zostanie wydany na CD przez naszą Morbid Chapel Records. Szybki kontakt z wytwórnią i po kilku dniach w moich rękach znalazło się fizyczne wydanie debiutu jednoosobowego projektu ze Stanów.

czwartek, 5 września 2019

Dobre czary.


Nie wiem jak bogate jest białoruskie podziemie, bo daleko mi do postrzegania siebie jako znawcy tamtejszej sceny. Do niedawna cały ten świat zamykał się dla mnie w postaci Ljosazabojstwa, który to zespół bardzo lubię i pamiętam jak dużym i pozytywnym zaskoczeniem było odkrycie jego twórczości. Dziś już nie są osamotnieni, bo właśnie usłyszałem Evil Sorcery. Debiut tego jednoosobowego projektu aż tak mnie nie urzekł, ale to wciąż bardzo solidny i ciekawy materiał, zdecydowanie warty uwagi i czasu.

wtorek, 3 września 2019

Relaksujące deszcze.


W tym roku bardzo pozytywnie zaskakują mnie norwescy weterani. I to tacy, którzy dla mnie nigdy nie byli pierwszą ligą. Tak było w przypadku Kampfar (o ich ostatnim albumie tutaj), tak jest w przypadku Helheim. Podobieństw sporo, bo ci ostatni również są mi znani dużo lepiej z lat dziewięćdziesiątych, doskonale pamiętam charakterystyczne logo i kasetową wersję debiutu „Jormundgand”, wreszcie – tak jak w przypadku Kampfar – straciłem ich z radaru na długie lata.

niedziela, 1 września 2019

Terror, rozwód i matka w piekle.


Czemu nikt mi wcześniej nie powiedział, że Damage Case istnieje? Czemu odkrywam ich dopiero za sprawą trzeciego albumu? Choć może to i lepiej, bo gdybym został fanem wraz z ich debiutem w 2013 roku (nie liczę demówek) to dziś by żyć musiałbym wypijać butelkę Jacka dziennie a to mogłoby nie skończyć się dobrze. Bo Damage Case to taki Motorhead na sterydach a ponieważ uwielbiam twórczość nieodżałowanego Lemmego trzeci krążek tczewian kupił mnie szybko.