wtorek, 27 sierpnia 2019

Zadowolona zakonnica.


Co można napisać o wydawnictwie trwającym osiemnaście minut, zespołu, który większość z was doskonale zna, który kroczy swoją utartą drogą od lat i nie próbuje eksperymentować, silić się na coś co wykracza poza jego DNA? Zespołu, który nie maluje muzycznych pejzaży, które można by odnosić do chwil kontemplacji piękna przyrody, tylko wali po mordzie bez zastanowienia i jest do bólu bezpośredni? Pewnie niewiele, szczególnie gdy ten materiał jest naprawdę dobry, nie przynosi obniżki formy i nie zwiastuje nagłego zwrotu akcji w twórczości zespołu. No, ale jednak płyta przyszła więc spróbujmy.

Nie jestem wielkim ultrasem Hate Them All, bo ich muzyczna bajka to nie jest moja codzienność, ale oddać im trzeba co należne – w swej estetyce i środowisku obracają się nad wyraz płynnie i skutecznie. I nic się w tej kwestii nie zmieniło. „Goat Tormentor” to kolejny rozdział dzieła poświęconego bluźnierstwu, pluciu świętościom w twarz i z rozbrajającą szczerością życzenia śmierci wszystkiemu co nosi znamiona boskości. Wszystko co do tej pory cechowało materiały zabrzan jest i tu, nie spodziewajcie się więc niczego nowego. Możecie natomiast liczyć na wielką dawkę energii i sporo solidnego grania, bo black/thrash proponowany tu przez zespół jest momentami wręcz przebojowy a na pewno porywający. To taki album, który powoduje wzrost adrenaliny i chęć niszczenia. No ale przecież o to w takim graniu chodzi, więc nic w tym zaskakującego. Można jednak robić to lepiej lub gorzej, z mniejszą lub większą pasją i iskrą – Hate Them All robi to lepiej i z zaangażowaniem godnym sprawy. Tę szczerość tu po prostu czuć, nic tu nie jest udawane a wszystko bije po oczach i uszach dosadnością i bezkompromisowością. I ja to kupuję, bo zawsze będę powtarzał, że w takim graniu to czynniki najważniejsze. Osiemnaście minut to siedem utworów, które przelatują szybciej niż pociski Stinger ale nie tylko z racji swego czasu trwania. „Goat Tormentor” pędzi na złamanie karku, pędzi piekielnym rock’n’rollem i nie daje czasu na wytchnienie. Słucha się tego świetnie bo i brzmi to bardzo dobrze jak na materiał nagrany na setkę – taka informacja w każdym razie widnieje we wkładce. Tylko partie wokalne zostały dograne później, czego w zasadzie nie słychać, choć oczywiście powstaje pytanie jak brzmiałyby gdyby wokalista zdzierał gardło w tym samym czasie. Ale to sprawa drugorzędna – ja i tak nie jestem do końca przekonany do maniery wokalnej gardłowego Hate Them All, bo sprawia na mnie wrażenie darcia na odlew, lekkiej niechlujności (oczywiście w takiej estetyce jest to jak najbardziej dopuszczalne) – więc może to i dla mnie lepiej, że głos tej płyty został dograny później. Mamy tu numery po polsku i po angielsku oraz gościnne występy za mikrofonem. Jednym słowem jest wszystko czego można się było spodziewać i nie ma niczego co wykraczałoby poza kanon. Ale to dobrze, bo i po co? Osiemnaście minut „Goat Tormentor” to po prostu zdrowy rozpierdol i nie mam wątpliwości, że fani zespołu (i nie tylko oni) dostali to czego oczekiwali. Całości dopełnia klasyczna dla gatunku okładka i bardzo miłe dla oka wydanie płyty. Kończąc, bo i nie ma się co rozwodzić – bardzo solidne wydawnictwo pełne soczystego, piekielnego, bluźnierczego metalu. I nawet zakonnica z okładki wydaje się być zadowolona. Moja ma numer 136. A wasza? 

Hate Them All - „Goat Tormentor”. Old Temple, kwiecień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz