czwartek, 22 sierpnia 2019

Polska - Ekwador 1:0.


I oto trzymam w rękach kolejny split o wartości edukacyjnej i poznawczej. Lubię dostawać takie materiały do recenzji, bo jest to prawdopodobnie jedyna droga bym poznał zespoły typu Death’s Cold Wind. W tym konkretnym przypadku jest też spora wartość rozrywkowa bo sąsiadami Ekwadorczyków są dobrze nam wszystkim znani hultaje z Moloch Letalis, trudno więc narzekać na możliwość poznania tego wydawnictwa.

Bluźniercy z Wrześni otwierają ten materiał i jak można się spodziewać wielkiego zaskoczenia nie ma. Panowie nie zrobili sobie skoku w bok i nie zaczęli nagle parać się słodkim popowym jęczeniem do mikrofonu. Tną tę swoją piekielną jazdę z uśmiechem na ustach, choć przyznać trzeba, że dużo mniej tu rock’n’rolla i skocznych rytmów, dużo więcej czystej agresji. Wyjątek stanowi ostatni numer „Zdrajca”, który sprawdzi się na każdej piwnicznej potańcówce. Może wpływ na takie a nie inne oblicze repertuaru rodaków z Wielkopolski ma sąsiedztwo czcicieli metalu śmierci z dalekiego Ekwadoru a może po prostu tak wtedy chłopakom w duszach grało. Nie zmienia to faktu, że dostajemy tu lekko mocniejsze i bardzo bezkompromisowe oblicze Moloch Letalis. Nie ma w tym niczego złego, bo nadal jest bardzo fajnie i trzeba jasno powiedzieć, że ich część ani trochę nie nudzi. Po ostatnim numerze pozostaje wręcz lekki niedosyt. Pięć kompozycji przelatuje szybko, bo jak wiemy Moloch nie lubuje się w długich i rozbudowanych numerach. Szybkie ciosy przyjmujemy na odsłoniętą gębę z radością gówniarza w piaskownicy by po chwili przenieść się za ocean i zanurzyć w piekielne czeluście ekwadorskiego podziemia. Po części rozrywkowej przyszedł czas na część poznawczą. Choć i tu znajdziemy trochę rozrywki, jednak Death’s Cold Wind jakoś nie potrafi mnie porwać. Niby jest tu wszystko co być powinno bo Ekwadorczycy wkładają sporo energii w swój death metal, jest i piekielny sznyt (choć nie w takich ilościach do jakich przyzwyczaiły produkcje z Ameryki Południowej), brakuje mi za to typowej dla tamtejszej sceny dawki szaleństwa. Trochę za dużo kombinowania, za mało spontaniczności, choć nie wątpię w szczerość intencji. Mają momenty naprawdę dobre, jednak w większości jest to materiał jedynie solidny czyli po prostu przeciętny. Taki jakich setki. Z tych pięciu numerów pozytywnie zaznacza swą obecność czwarty „Demon (Mon)archy” będąc tu swego rodzaju hitem. I obok Molochowego „Zdrajcy” jest najjaśniejszym punktem splitu, choć jak już pisałem – część Polaków jest naprawdę dobra i choćby dla niej warto poznać ten materiał. Ekwadorczycy powodują niestety, że jest to wydawnictwo o dwóch poziomach i oni są na tym niższym. Ale, pomimo swej nierówności (która przecież wynika z doboru kapel), doceniam mocno fakt ukazania się tego splitu, bo przecież to właśnie takie kooperacje w dużej mierze budują scenę. Podkreślić muszę na koniec bardzo ładne wydanie płyty – kolejny raz w przypadku Old Temple, wychodzi na to, że to już jest i będzie standard. 


Moloch Letalis / Death’s Cold Wind - „Czarci Skowyt / Apeiron”. Old Temple, wrzesień 2017.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz