niedziela, 18 sierpnia 2019

Pieśń o mym kraju.


Każdy kolejny album Stworz to dla mnie w jakimś stopniu wyzwanie i spora niewiadoma. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy tym razem panowie przekroczą tę cienką granicę na której od lat balansują, czy uda im się pozostać poważnym i wiarygodnym w tym co robią i chcą przekazać czy może pójdą za daleko i staną po stronie odpustowego kiczu i niebezpiecznie zbliżą się do tych wszystkich żałosnych folkowych kapelek wyjących o topielicach. Stworz tworzą ludzie ideowi, mający silne przekonanie o słuszności swych prawd a od takiej postawy blisko do zapomnienia i porzucenia rozsądku, trzeba się więc miarkować i pilnować by nadal uchodzić za ludową mądrość a nie wiejskiego głupka. I to się po raz kolejny udało, powiem więcej – olsztynianie wypuścili jeden ze swych najlepszych albumów.

„Mój kraj nazywa się Śmierć” urzekł mnie tytułem, okładką, wreszcie muzyką – szczególnie jednym utworem – ale do tego wrócimy. Tytuł – poetycki, tajemniczy a zarazem tragiczny, niosący w sobie widmo czegoś nieuchronnie krzywdzącego, wiszącego i czekającego jak kat. Romantyczny do bólu, piękny przez swój wydźwięk oraz wizje, które pozwala tworzyć. Uzupełnia go doskonała okładka. Dla mnie to jest jeden z najlepszych obrazów zdobiących metalowy album w tym roku. Autorem jest duński malarz L.A. Ring, jeden z najważniejszych tamtejszych artystów. Dzieło nosi tytuł „Wieczór. Śmierć i stara kobieta”. Nie trzeba wiele tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na obraz Duńczyka i połączyć go z tytułem płyty. Komponuje się to wspaniale. No i wreszcie najważniejsze – zawartość muzyczna. Podobał mi się poprzedni pełniak „Wołosożary”, choć daleko mu w moim odczuciu do „Zagonów Bogów”. Ale po nim był jeszcze bardzo udany split z Rivers Like Veins (o nim tutaj) i to on dawał mi nadzieję na naprawdę dobry krążek. Nie pomyliłem się, choć zespół zaskoczył i poszedł w trochę innym kierunku niż się spodziewałem, lub – co bardziej miarodajne – nie poszedł drogą tego co zaprezentował na splicie. Tam więcej było surowych emocji, dynamiki, agresji i siły. „Mój kraj nazywa się Śmierć” to płyta niesamowicie romantyczna, chyba najspokojniejsza z całego dorobku zespołu, bardzo melodyjna a momentami wręcz przebojowa. I tu dochodzimy do początku albumu. Otwiera go intro, które jest dość oczywiste i sztampowe, nie będę się więc nad nim rozwodził. Ważne jest to co po nim, czyli „Śniłem o Tobie pieśń”. To, moi drodzy, jest jeden z najlepszych utworów jakie słyszałem w tym roku i bez cienia wątpliwości najlepszy utwór w dyskografii Stworz. I nie chodzi tu o to, że jest pełen technicznych fajerwerków, kosmicznych aranżacji czy pięciu tysięcy zmian tempa i nastroju – bo nie jest. Nie, on jest po prostu pełen emocji. A przecież metal to emocje. I w tym utworze emocje są niesamowite, szczególnie jeśli komuś ojczysta czy rodzinna ziemia są bliskie. Nie da się uciec od zadumy, od kilku westchnień, od szklistych oczu. To co tutaj zrobili panowie to jest absolutny majstersztyk w połączeniu muzyki i tekstu, zaaranżowaniu tego w sposób tak emocjonalny. Już rozpoczynający go akustyk kładzie na łopatki a potem tylko mocniej wbijają mnie w ziemię. I gdyby po tym numerze kończył się ten album, nie powiedziałbym złego słowa. Ale się nie kończy, co owocuje świetnym trzecim utworem o melodyce niosącej echa starej Grecji, bardzo udaną kompozycją tytułową, która także ma w sobie cechy przebojowości. Generalnie cały album jest na wysokim poziomie, jest oczywiście „stworzowy” choć mam wrażenie, że lżejszy od poprzednich, prostszy w odbiorze i bardziej przystępny. Perfekcyjny dla kogoś, kto twórczości olsztyńskiego duetu nie zna a poznać by chciał. Na pewno warto, bo Stworz to jeden z mniej oczywistych zespołów rodzimej sceny i pomimo nagrania płyty poniekąd przebojowej i dużo bardziej otwartej pozostaje takim tworem. Egzystuje w swoim świecie, tak muzycznym jak i ideologicznym – świecie hermetycznym i jasno określonym - ale nadal na szczęście jest w tym wszystkim bardzo wiarygodny i wciąż stoi po stronie ludowych mądrości i tradycji i z wyższością może spoglądać na wiejskich głupków i kuglarzy próbujących być w swej „słowiańskości” przekonującymi. 

A jeśli nawet nie macie zamiaru słuchać całej płyty, bo to czy tamto, posłuchajcie choć „Śniłem o Tobie pieśń”. Ze mną ten utwór będzie jeszcze długo. 


Stworz - „Mój kraj nazywa się Śmierć”. Werewolf Promotion, lipiec 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz