niedziela, 25 sierpnia 2019

Manifest wokalny.


Kampfar, który znam najlepiej to ten z lat dziewięćdziesiątych. Do dziś mam przed oczami wygląd kasety z pełnowymiarowym debiutem „Mellom Skogkledde Aaser”. Nie wiem czemu akurat ona tak utkwiła mi w pamięci, bo nie był to dla mnie nawet jeden z najlepszych materiałów tamtych czasów. Pewnie dlatego, że okładka jest dość charakterystyczna. No ale zostawmy już średniowiecze, w kolejnej dekadzie miałem świadomość, że nagrywają i wydają płyty ale jakoś nigdy bliżej się z nimi nie zapoznałem. I tak sobie myślę, słuchając wydanego niedawno „Ofidians Manifest”, że to pewnie był błąd. A wręcz na pewno. 


Przecież to jest tak zajebista płyta! Żeby nagrać coś takiego trzeba przejść długą drogę od wspomnianych już wcześniej lat dziewięćdziesiątych. Mogła to być droga bardzo ciekawa, będę więc musiał szybciutko nadrobić zaległości. Droga prowadząca od klasycznego norweskiego black metalu do muzyki aranżacyjnie bardzo bogatej, świadomej i dojrzałej. Pięknej pięknem czystym i artystycznym, jednak nie będącym pięknem dla samego piękna. Bo cały ten blask, wszystkie te fajerwerki są bardzo emocjonalne i niosą ze sobą nie tylko piękne dźwięki. Bez wątpienia ta płyta ma bogate i atrakcyjne wnętrze, podkreślane zachwycającymi aranżacjami. Czterdzieści minut metalu, który trudno nazwać black metalem sensu stricto. Czterdzieści minut, które mija zaskakująco szybko, choć przecież nie jest to – jak na metalowe standardy – krótki album. I wreszcie czterdzieści minut, które pozostawia spory niedosyt, bo to co się tu dzieje jest tak dobre, że mógłbym tak jeszcze co najmniej kolejną godzinę. To wrażenie potęguje wspaniały motyw przewodni ostatniego numeru – gdy się kończy, wrażenie straty i żalu jest dwa razy większe. Ale każda kompozycja na „Ofidians Manifest” to osobna opowieść, historia którą można analizować na różne sposoby, każda obfituje w momenty wręcz porywające, zapierające dech. Finalnie wszystkie składają się na bardzo spójny album, taki który sprawia wrażenie monolitu i podczas słuchania trudno zorientować się który utwór właśnie gra. Ale w żadnym stopniu nie jest to wynikiem jakiejś monotonii czy powtarzalności. To po prostu zasługa wspaniałej atmosfery, spójnej i jednorodnej, w której luźno pływają sobie poszczególne utwory. Właściwie to ten album tak sobie płynie – nigdzie mu się nie spieszy, nie ma żadnego parcia na bicie rekordów szybkościowych czy siłowych, jest zagrany jakby od niechcenia, z dużym luzem, choć wszystko jest tu przemyślane. Słychać, że stworzyli go ludzie, którzy nic nie muszą a wszystko mogą. I pewnie dlatego wyszedł tak naturalnie, szczerze i przekonująco. Jest jeszcze jeden element, który niesamowicie podnosi wartość tego krążka – wokale. To co tutaj dzieje się za mikrofonem jest sztuką samą w sobie. Każdy zastosowany tu rodzaj gardłowej ekspresji to poziom w swoim fachu najwyższy. Największą uwagę zwracają czyste partie ale nawet te klasyczne, normalne dla gatunku krzyki mają w sobie coś urzekającego. Bardzo często partie wokalne można na „Ofidians Manifest” utożsamiać z kolejnym instrumentem a na pewno doskonałym elementem środowiska budującego atmosferę i cały fundament tej płyty. Słucham od dłuższego czasu tego albumu na przemian z nowym krążkiem Helheim – a to przecież kolejni weterani norweskiej sceny – i oboma jestem zachwycony. Tych ostatnich wspominam właśnie ze względu na wokale, bo oni też na swoim „Rignir” dokonali pięknych rzeczy w tym obszarze. Podobieństw jest zresztą więcej, ale o tym już przy okazji recenzji ostatniego albumu Helheim. 

Bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten krążek. Kompletnie nie miałem pojęcia, że Kampfar jest zdolny do nagrania albumu tak dobrego. Bez cienia wątpliwości – ścisła czołówka tego roku. Brawo. 

Kampfar - „Ofidians Manifest”. Indie Recordings, maj 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz