piątek, 19 lipca 2019

Ostatni walc ze śmiercią.


Nie tańczę, ale tytułowy taniec czeka nas wszystkich, pytanie tylko czy będzie to walc? Jeśli tak, to po mnie, bo nigdy w życiu nawet nie spróbowałem się z nim zmierzyć. Nawet śmiertka mnie wyśmieje, co za los. Panowie z Occultum pewnie już trenują, w każdym razie tak zatytułowali utwór zamykający swój drugi album. A że jest to płyta bardzo udana, mam nadzieję, że nie był to ich ostatni taniec, szczególnie ze śmiercią. Z diabłem też mogliby jeszcze poflirtować, bo wychodzi im to nad wyraz ciekawie.

Nie jest to materiał świeży, bo ukazał się w czerwcu 2018 roku, ale wart przypomnienia i oddania mu należnego szacunku. „In Nomine Rex Inferni” to płyta wyrazista, posiadająca dwa wielkie wykrzykniki stanowiące o jej charakterze. Pierwszy to wokale. Nie spotkacie takich na pierwszym lepszym black metalowym albumie. Głos Gavrona brzmi dość mechanicznie, syntetycznie, jest też jakby stłumiony, zamknięty w niewielkim naczyniu i odbijający się od jego ścian. Zarazem jednak pełen jest pasji i emocji, co daje naprawdę ciekawy efekt. I ma to charakter oraz moc. Drugi wykrzyknik to gitarowe melodie. I to jest bardzo ciekawa sprawa, bo generalnie drugi album Occultum jest zbity, skondensowany, uformowany w nawałnicę, która delikatnie kojarzy mi się z islandzkim stylem grania black metalu. Na szczęście to tylko polewa na wierzchu smakowitego ciasta, bo jak wiadomo za islandzkimi przysmakami nie przepadam. Ale wracając do gitar – ponadto wszystko wybijają się mocno wysunięte bardzo ładne (naprawdę!) melodie – wyraźne, przykuwające uwagę, stanowiące w moim odczuciu kręgosłup albumu. Trwają do jego ostatnich sekund i dbają o to byśmy się nie nudzili. Nie tylko one oczywiście, bo sporo się tu dzieje. Torunianie pędzą do przodu ale i w zwolnieniach wypadają przekonująco. Pomaga w tym ciężar „In Nomine Rex Inferni” bo nie jest to album z cyklu tych wiejących zimnem i mrozem na których chula wiatr i tnie lód. Tu jest gorąco, duszno i ciężko. To oczywiście nadal black metal, jednak doprawiony kilogramami smolistymi i gęstymi. Nie odbiera mu to jednak ani energii ani zapału. Powiem więcej – ten album pełen jest szaleństwa i opętania, dzikiej diabelskiej orgii i deptania krzyży. Niestety – i to chyba jedyny minus – ze względu na swą długość (prawie pięćdziesiąt minut) nie udało się do samego końca utrzymać tego samego wysokiego poziomu deprawowania duszy i ostatnie minuty lekko się już dłużą. Gdyby zrobić z niego dzieło trzydziesto, no – czterdziestominutowe nawet, byłby ciosem wspaniałym. Oczywiście to tylko niewielka wada, bo nie odbiera mu miana materiału bardzo dobrego, jednego z ciekawszych w ostatnim czasie a na pewno jednego z najbardziej wyrazistych. Chciałbym panów zobaczyć kiedyś na żywo, bo z tymi piosenkami są w stanie rozwalić niejedną tancbudę w tym kraju. Moglibyśmy zatańczyć tego walca a trening wskazany, bo do finalnego pląsu coraz bliżej. Nie oszukujmy się, ona czeka na nas wszystkich i chętnie wyciągnie nas na parkiet. 

Słowa uznania za jakość wydania dla Old Temple. Nic wielkiego a cieszy oko, szczególnie takiego zboczeńca w kwestii fizycznych nośników jak ja. 

Occultum - „In Nomine Rex Inferni”. Old Temple, czerwiec 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz