poniedziałek, 15 lipca 2019

Inna twarz, ten sam charakter.


Znowu to zrobili. Znowu mnie zaskoczyli. I jest to poziom zaskoczenia porównywalny do tego towarzyszącego debiutowi sympatycznego duetu z Mińska Mazowieckiego. Kiedy pisałem o drugim albumie zespołu obawiałem się, biorąc pod uwagę jego poziom, jak niesamowicie skomplikowane i rozbudowane dzieło zaserwują nam pod postacią trójki. Bo tak wyglądał ich rozwój, wydawał się naturalną ścieżką, kolejnym pewnym krokiem. A oni postanowili wyłączyć tryb szaleństwa aranżacyjnego i kompozytorskiego i uderzyli płytą prostszą, mocniejszą i lżejszą w odbiorze, lecz nie w wydźwięku. I choć kompletnie się tego nie spodziewałem, trafili znowu celnie.

O okolicznościach powstania „Towards the Greyscale Aphorysm” pisał nie będę, bo przeczytać o nich możecie w wywiadzie, który publikowałem w listopadzie 2018 roku. Wydaje mi się jednak, że są one istotne biorąc pod uwagę końcowy kształt trzeciego albumu Misanthropic Rage. Bo faktycznie jest on jak wściekle wyrzucona z siebie dawka energii, skondensowany ładunek bezpośredniego przekazu uczuć zamkniętych w muzykę. Bez owijania w bawełnę, bez blichtru i falbanek, bez ozdób. Zdrowy, mocny, konkretny cios. Bez wątpienia jest to najmocniejszy album duetu. Bez wątpienia najbliższy pojęciu „klasycznego metalowego wpierdolu”. Bez wątpienia najdalej mu do black metalu, bo ciężar jaki tu został zawarty sytuuje go dużo bliżej death metalowych krążków. Ponieważ jednak to Misanthropic Rage, bez wątpienia wszystkie te określenia nie wyczerpują tematu i nie dają rzetelnego obrazu „Towards the Greyscale Aphorysm”. Bo – pomimo iż prostszy od poprzedników – na pewno nie jest prosty. Nie może być, bo prosty album w wykonaniu Misanthropic Rage byłby jak słowa prawdy na mszy. To co dla mińskiego duetu jest proste, dla innych jest wspinaczką na Czomolungmę. Kiedy Artur mówi, że nagrali dzieło bezpośrednie i dużo mniej bogate aranżacyjnie, nie możemy spodziewać się dwóch akordów na krzyż i jednostajnej perkusji. Jeśli coś masz we krwi to nie pozbędziesz się tego łatwo. A to oznacza, że na trzecim krążku zespołu nadal dzieje się mnóstwo. Skala szaleństwa mogła się skurczyć, ale wciąż jest obecna. Wykres jej pulsu jest spokojniejszy, bo to album spójny, jednorodny i nie wybuchający (jak poprzednie) co pewien czas feerią barw. On po prostu gniecie i niszczy przez swoje czterdzieści minut trwania, zarazem jednak dostarcza sporą dawkę doznań estetycznych , są one jednak pod pełną kontrolą. Tu ważniejsza jest energia, choć oczywiście znajdziemy piękne melodie, bogatą mieszankę klimatów, czy rozbudowane aranżacje (ale nie tak, jak na poprzednich płytach). Trzeci krążek ma też lekki posmak środowiska industrialnego i tu akurat osobiście liczę, że w przyszłości zespół nie pójdzie w tym kierunku, bo to nie moja bajka, nie moja opowieść. Dziś na szczęście jest to bardzo łagodny posmak, może nawet bardziej dalekie echo i w takiej postaci dodaje jedynie płycie mocy. I – co muszę przyznać – uroku. Tego ostatniego nie brakuje także za sprawą wokali. W tej materii panowie posunęli się jeszcze dalej, odważniej idąc w partie czyste. Artur się ostatnio rozśpiewał (Yarn of the Wicked słyszeli?) i efekt tego treningu nie pozostał bez wpływu na „Towards the Greyscale Aphorysm”. I fajnie, bo są to wokale niebanalne, nietypowe, dla niektórych pewnie nie do przetrawienia ale mnie się bardzo podobają i komponują się wyśmienicie z muzyką. Krok był to odważny ale udany. Brawo. 

No i widzicie jak to jest – niby album prostszy, niby bardziej oczywisty ale tak naprawdę, jak się w niego zagłębić to wszystkie te opinie można sobie do kieszeni schować. Najlepiej takiej, do której rzadko sięgacie. Po raz kolejny stworzyli album niebanalny, po raz kolejny zaskoczyli. Po raz pierwszy lekko zboczyli z obranej wcześniej drogi, choć z drugiej strony – może wcale nie? Może właśnie taka miała być ich droga? Pełna niespodzianek, zaskoczeń i bardzo dobrych płyt? A może po prostu wypluwając z siebie ten materiał Artur był wkurwiony bo w sklepie nie mieli zimnego piwa? Tego się nie dowiemy, ale czy to ważne? Nie, skoro efektem jest taki krążek. Polecam. 

No i ta okładka! 

Misanthropic Rage - „Towards the Greyscale Aphorysm”. Godz Ov War Productions, czerwiec 2019. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz