czwartek, 25 lipca 2019

Ezoteryka bez iskry.


O debiucie amerykańskiego Automb było przez chwilę głośno. Głównie za sprawą perkusisty, którym jest Scott Fuller, obecny bębniarz Morbid Angel. Drugim powodem zwracającym uwagę na zespół jest osoba wokalistki, bo to przecież nie jest częste zjawisko, szczególnie, że zespół para się death metalem. Pięć minut rozgłosu szybko minęło, październik 2018 roku to już tylko mgliste wspomnienie a ja wreszcie przysiadłem do tej płyty. I z jednej strony się nie dziwię, że już mało kto pamięta o tym krążku, z drugiej nie jest to nic czego należałoby się wstydzić.

To po prostu solidny album. Nie za dobry, nie za kiepski, jak najbardziej poprawny ale nie porywający. Gdyby przyłożyć do niego podręcznik wszystko by się zgadzało. Ale jak wiadomo to nie w podręcznikach zawarte są emocje, tylko w płomiennych opowieściach. No i tu takiej pełnej pasji opowieści trochę brakuje. Może ją zwiastować i tytuł płyty - „Esoterica” - i lekko kiczowata aczkolwiek mająca swój urok okładka, niestety to tylko pozory. Niby jest moc, jest siła, jest i agresja ale nie ma tej cholernej iskry, która decyduje najmocniej o atrakcyjności albumu. Zaczyna się obiecująco, intro dobrze współgrającym z okładką i tytułem płyty. A potem wskakujemy w świat pełnego schematów death metalu granego na modłę amerykańskich klasyków. Jedyną różnicą jest lekkie zabarwienie wszystkiego na czarno, bo „Esoterica” niesie z sobą lekki powiew black metalu. Ale niech nie zwiedzie Was informacja z Metal Archives. Trio zza oceanu gra death metal, bez dwóch zdań. I jak już pisałem, jest to death metal poprawny, solidny, zgodny ze wszystkimi wytycznymi, instrumentalnie nienaganny, niestety – schematyczny, co sugerują już teksty (nie najgorsze trzeba przyznać) a konkretnie ich forma. Jest sporo powtórzeń, zdania klucze, refreny czyli wszystko to co zapowiada powtarzalność i jest bardzo proste do przewidzenia, jeśli choć trochę zna się gatunek. Ale – z drugiej strony – słucha się tego dobrze, niestety dość szybko nuży. Po pierwsze, o czym już pisałem, brak tej bożej iskry. Po drugie, pomimo całej podręcznikowej poprawności nie do końca udało się z brzmieniem. „Esoterica” nie brzmi na tyle wyraziście, na tyle agresywnie i potężnie by można ją było uznać za album o własnej określonej tożsamości. Niestety, zbyt miałkie brzmienie wrzuca ją pomiędzy te wszystkie szare płyty będące częścią metalowego tłumu o którym długo się nie pamięta. I pewnie dlatego mało kto już o debiucie Automb myśli podczas wyboru wieczornej muzyki. Na plus zaliczyć trzeba robotę wokalną. Nie jestem zwolennikiem kobiet rzucających się na growl, jednak Danielle poradziła sobie całkiem nieźle. Słychać, że za mikrofonem jest kobieta ale nie dlatego, że brzmi to dziwnie czy komicznie tylko po prostu natury nie oszukamy i kobiece głosy brzmią inaczej (i bardzo dobrze!). Warsztatowo jednak dała radę i skoro ja nie uciekam od głośnika to znaczy, że naprawdę da się jej słuchać. Kończąc – oczekiwałem po tym albumie trochę więcej, ale wiadomo – z oczekiwaniami jest najczęściej tak, że się nie spełniają. W każdym razie bez uprzedniej modlitwy. A na tym polu leżę. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny krążek Automb będzie po prostu ciekawszy. 

Automb - „Esoterica”. Satanath Records / Final Gate Records, październik 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz