środa, 17 lipca 2019

Dwa światy.


Irlandia i Filipiny. Dla przeciętnego zjadacza metalu nie brzmi to jak nazwa ziemi obiecanej. Żaden z tych krajów potęgą na scenie nie jest, zatem połączenie przedstawicieli tychże nacji na jednym krążku pewnie nikomu nie przyspiesza pulsu. No bo fakt, jest dość egzotycznie. Ale kiedy Irlandię zastąpimy Polską, egzotyka zaczyna ulatywać i już nawet te Filipiny nie takie straszne.

A zastąpić musimy, bo pomimo iż Sulphurhaze bazę ma na Zielonej Wyspie to większość jego składu stanowią nasi rodacy. Wyjechali za chlebem a przy okazji tną bardzo solidny czarci black thrash. Nie nazwałbym ich weteranami sceny, choć doświadczenie mają, jednak to co nagrali na split z filipińskim Omenfilth brzmi jak dzieło weteranów właśnie. Wszystko tu się zgadza, pędzi, krzyczy i sławi diabła tak, że nic tylko tańczyć. Trzy autorskie numery to pokaz kunsztu i pomysłu a pamiętać musimy, że ten materiał jest dla Sulphurhaze debiutem. Całości dopełnia świetny cover Master’s Hammer (u mnie plus 1000 punktów) - „Jama Pekel” Co za moc! I jak wspaniale po czesku! Tak w nim, jak i w pozostałych kompozycjach jest niesamowita dawka młodzieńczej energii, która połączona z kunsztem przywołującym weteranów daje efekt niesamowicie pozytywny. Świetnie się tego materiału słucha. Mam często problem z kapelami łupiącymi black thrash bo potrafią znudzić przewidywalnością po drugim numerze. W przypadku Sulphurhaze nie ma o tym mowy. Jak jednak wiadomo, w przyrodzie nic nie ginie (choć w tym przypadku lepiej byłoby gdyby zginęło) i mocno przewidywalny okazuje się być filipiński Omenfilth będący autorem sześciu kompozycji na tym splicie. Panowie są dla mnie totalną nowością (choć na koncie mają już trzy pełniaki), ale nie grają niczego co mogłoby mnie zaskoczyć. To oczywiście nie zawsze jest minusem, niestety w ich przypadku na pewno nie działa in plus. Tragedii nie ma, bo to solidny black/death metal z dużą dawką smoły, jednak po energicznym kopie zafundowanym przez Sulphurhaze Filipińczycy brzmią najzwyczajniej w świecie ospale i mam wrażenie jakby poruszali się w tej smole. Może gdybym usłyszał ich bez sąsiedztwa naszych rodaków odbiór byłby inny, ale tak naprawdę, to tutaj wszystko jest do przewidzenia – schemat goni schemat i takich materiałów człowiek słyszał już setki. Swoją część Omenfilth kończy coverem Mercyful Fate i numerem koncertowym. Ten pierwszy jest nawet niezły, no ale w końcu to Mercyful Fate, w dodatku „Evil”, więc gdyby to schrzanili przekreśliłbym ich na wieki. Z drugiej strony nie zrobili z nim nic specjalnego, po prostu sprawnie odegrali – bezpiecznie można rzec. Koncertowy numer brzmi jak nagrany w WC na zapleczu trudno więc w ogóle go oceniać. 

Podsumowując – nie do końca trafiony pomysł z doborem zespołów, bo świetny Sulphurhaze kompletnie przyćmił Omenfilth. Do tego stopnia, że mam wrażenie dwóch różnych światów (wiadomo, z założenia grają inną muzykę, ale to nie tylko to). A ja lubię spójność w splitach. Ale – wartość edukacyjna tego wydawnictwa jest nie do przecenienia i dlatego jak najbardziej polecam. Zespół pierwszy do pokochania (oby coś nagrali nowego – i to szybko), drugi do poznania, bo to zawsze jakaś ciekawostka. A największe brawa dla Morgula z Putrid Cult, który to wydał – bo takie rzeczy wydają tylko maniacy. 

Sulphurhaze / Omenfilth - „Veneration of Cruel Lust”. Putrid Cult, 2017.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz