czwartek, 20 czerwca 2019

Padlina w koronie.


Jakiś czas temu rozmawiałem z wydawcą Grzegorzem i stwierdził on, że „Rotting Carcass Arise upon the Burial Mound” to najlepszy materiał Kingdom w dyskografii zespołu (bo cóż innego mógłby powiedzieć? - a poważnie to akurat on uczciwie ocenia swoje wydawnictwa). Nie mogłem się zgodzić, bo dla mnie za takowy uchodzi „Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment”, obaj jednak zakończyliśmy konkluzją, że najnowsze dzieło Kingdom jest rzeczą bardzo dobrą. Jestem o kilka odsłuchów mądrzejszy i coraz bliższy przyznania racji panu wydawcy, jednak nawet gdybym miał tego nie zrobić, to muszę uczciwie stwierdzić, że płocczanie wypuścili swój najbardziej dojrzały i intrygujący album.

Nie jest tak przebojowy i porywający jak wspomniany już „Sepulchral...”, który zawładnął mną od pierwszego poznania i od tamtego czasu zdążył przeorać moje wnętrzności dziesiątki razy – i może dlatego stawiam go ponad „Rotting Carcass...”. Ale przecież nie chodzi tu o jakąś rywalizację, najważniejsze, że piąty krążek najlepszego death metalowego zespołu na krajowej scenie trzyma bardzo wysoki poziom i potwierdza formę oraz pozycję królewskiego kwartetu. Nie ma w sobie tego magnetyzmu, nie ma tej charyzmy poprzednich albumów, ma jednak dużo więcej głębi. Na pozór jest dużo bardziej chropowaty i odpychający, ale wystarczy zerwać te powłokę i już po nas. Ja męczę ten album od wielu dni, jednak dopiero od jakiegoś tygodnia naprawdę regularnie i nie mogę się oderwać. Nie ma tu dzikiej porywającej kanonady, to chyba najwolniejszy album w dorobku zespołu, ale pomimo tego niesamowicie interesujący, intrygujący i choć krótki – pełen smaczków. Po pierwsze – tempo tego albumu. Kingdom przyzwyczaił do furiackich kanonad a tutaj dostajemy przewagę prędkości co najwyżej średnich. I okazuje się, że zespół doskonale sprawdza się w takiej konwencji. Po drugie – brzmienie, które chyba wreszcie zostało doprowadzone do pożądanego od zawsze poziomu i stylu – brudne, lekko przysypane gruzem, idealnie pasujące do tego co na „Rotting Carcass...” słyszymy. Po trzecie – polskie teksty. Nie jest to nowość w przypadku Kingdom, ale po raz kolejny robią one bardzo dobrą robotę i pokazują, że ta formuła ma wciąż potencjał i daleko jej do wyczerpania. Po czwarte – bas. Brzmi tak, że łamie kości i miażdży nerki. Wystarczy posłuchać początku instrumentalnego trzeciego numeru. Zresztą, „Zatracony w obłędzie” to punkt piąty, dawno nie słyszałem tak udanej death metalowej instrumentalnej kompozycji. Po szóste – zamykający płytę cover. To już tradycja na albumach płocczan, tym razem zdecydowali się na Samaela i „Baphomet’s Throne”. Wszyscy wiedzą, że ta kompozycja klawiszami stoi a tych przecież brak w instrumentarium Kingdom. Ale to nie problem, gdy do roboty biorą się panowie wiedzący jak używać instrumentów. Klawisze zastąpił bas i wyszło to bardzo, bardzo dobrze. Chyba wręcz najlepiej jeśli chodzi o dotychczasowe interpretacje klasycznych kompozycji. Co ciekawe, są to częściej rzeczy black metalowe, choć przecież sam zespół bez cienia wątpliwości obraca się w tematach śmierć metalu. Ale… no właśnie, tu dochodzimy do punktu „po siódme”: „Rotting Carcass Arise upon the Burial Mound” swoją estetyką, niektórymi aranżacjami, atmosferą i klimatem bardzo zbliża Kingdom do metalu czarnego i jest chyba ich najbardziej smolistą, złowieszczą i piekielną płytą. 

Bez wątpienia jest jednym z najlepszych tegorocznych krążków rodzimej sceny. Bez wątpienia potwierdza formę i zdolności zespołu. Bez wątpienia jest ich najdojrzalszym dziełem. Czy najlepszym? Nie wiem. Nie mam zamiaru wydawać takiej opinii, bo to po prostu kolejny świetny album, co w przypadku Kingdom jest normą. I dlatego powiem to po raz kolejny – nie ma w tej chwili w Polsce lepszego death metalowego komanda. Kropka. 


Kingdom - „Rotting Carcass Arise upon the Burial Mound”. Godz Ov War Productions, czerwiec 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz