piątek, 7 czerwca 2019

Obecność obowiązkowa.


Albumom takim jak „Achatius” nie powinno robić się świństw, bo powstały po to by cieszyć swych twórców oraz nas, odbiorców. A ponieważ ten krążek ze swego zadania wywiązuje się znakomicie, tym bardziej mi głupio. Wyszedł w lutym a ja dopiero niedawno zacząłem go zgłębiać. Moment premiery odnotowałem, posłuchałem bodajże jednego utworu i zostawiłem na później. Tak bywa kiedy coraz mniej czasu na słuchanie muzyki czysto rekreacyjne i dla własnej przyjemności. I choć piszę o ostatnim krążku Funereal Presence, to od kilkunastu dni słucham go wyłącznie dla przyjemności a nie z kronikarskiego (czy jak kto woli recenzenckiego) obowiązku.

Tak, ten album powstał głównie dla jego twórcy, bo jak sam Mattias stwierdził – Funereal Presence istnieje po to, by nagrywać muzykę, której już nikt dla niego nie nagra. Uważam, że lekko się zapędził, ale dobra – można to uznać za wystarczająco wiarygodne tłumaczenie. A już na pewno należy się cieszyć z takiego przeświadczenia Niemca bo dzięki temu dostajemy krążki takie jak ten. Sam twórca jest także perkusistą Negative Plane, ja jednak jestem dużo większym zwolennikiem jego solowej pracy. Bo tworzy rzeczy nieoczywiste, wymagające a zarazem w swej konstrukcji z gruntu proste. No, w każdym razie dla tych, którzy choć trochę znają dawne dzieła muzyki ekstremalnej, bo to właśnie z nich najwięcej inspiracji czerpie niemiecki muzyk (od lat mieszkający w Stanach). Powiedzieć jednak, że „Achatius” to tylko i wyłącznie stara szkoła, to jak nic nie powiedzieć. Bo ona przejawia się tu głównie w energii, sile i chaosie. Tymi trzema składnikami ostatni album Funereal Presence lekko przywodzi mi na myśl starą szkołę brazylijską, ale kiedy dorzucimy do tego zakręcone melodie, połamane rytmy, lekko szalone wstawki a także szczyptę garażowego posmaku otrzymamy dużo, dużo więcej ponad południowoamerykańskie piekło. Ten album to prawdziwe kompozycyjne i aranżacyjne wyzwanie dla odbiorcy, choć jak już wspomniałem w gruncie rzeczy wszystko tu jest proste. Tylko powrzucane jakby bez żadnego schematu, żadnej myśli przewodniej. I takie może być pierwsze wrażenie, dlatego też gdy usłyszałem w dniu premiery jeden numer – na szybko i bez należytej uwagi – mogłem pomyśleć „na później”, bo nie przekonało mnie to na tyle by od razu pochłonąć całość. Wystarczy jednak jeden uważny odsłuch by odnaleźć w tym wszystkim sens, by zrozumieć, że ten chaos tu oczywiście jest, ale tylko pozornie bez żadnego planu. Nie da się ukryć, że „Achatius” wymaga pewnej dawki skupienia i uwagi, oczywiście jeśli chcemy odkryć wszystkie jego skarby. Wielką stratą byłoby pobieżne poznanie i na jego podstawie ocena końcowa, bo ten długi krążek (prawie pięćdziesiąt minut) choć zawiera tylko cztery kompozycje, ma w sobie prawdziwy wulkan pomysłów. Zresztą, niby cztery numery, ale gdyby każdy z nich podzielić na dwa, byłoby osiem (mistrz matematyki przed państwem!) a nikt by na tym nie ucierpiał, bo są tak skonstruowane, że nie sprawiają wrażenia monolitu nie do rozerwania. Ten wniosek prowadzi do kolejnego – nie ma tu nudy, bo tyle się dzieje. Trudno powiedzieć jaki konkretnie gatunek wykonuje Funereal Presence, bo choć najbliżej mu do black metalu, to wcale nie on tu jest fundamentem. Nim jest po prostu ekstremalna forma muzyczna, która dawno temu nie posiadała konkretnej nazwy. Nikomu to jednak do szczęścia niepotrzebne skoro projekt cieszy ucho każdym wydawnictwem, zaskakuje, prowokuje i przyciąga. „Achatius” to najdojrzalsze wydawnictwo Mattiasa co w żadnym stopniu nie odejmuje mu muzycznego szaleństwa, energii i pierwotnego ducha metalu. Bardzo dobra rzecz, bez wątpienia wyląduje wysoko w wielu podsumowaniach tego roku. Polecam, dajcie się ponieść w tę szaloną podróż (choć zapewne dawno już znacie krążek na wylot, tylko ja jak zwykle spóźniony). 

Funereal Presence - „Achatius”. Sepulchral Voice Records, luty 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz