niedziela, 9 czerwca 2019

Morderca.


2019 to rok, który jak dotąd stoi dla mnie praktycznie całkowicie pod znakiem black metalu. Nie ma co ukrywać, że zasadniczo jest to mój ukochany gatunek grania z pazurem, ale przecież bywały już takie lata gdy to death metal dominował w moich głośnikach. Może to po prostu kwestia tegorocznych wydawnictw, wśród których za ciekawsze uznaję te oblane smołą, trafiają się jednak i perełki wśród śmierć metalowego zniszczenia. Jedną z nich jest „Sacrament”, czyli najnowsza epka Lvcifyre.

Co ciekawe, ten zespół nigdy nie należał do moich faworytów, ba – ja wręcz nie nazwałbym ich moją osobistą pierwszą ligą. Wcześniejsze wydawnictwa znam, ale nigdy nie potrafili mnie przekonać na tyle bym do nich wracał. Tym razem kupili mnie szybko, jak zimne piwo w upalny dzień, bez targowania się, bez zbędnych namysłów, za to ze wspaniałą pianą w postaci doskonałego coveru mojego ukochanego Kata. To był pierwszy cios, wyprowadzony bardzo celnie, który pogruchotał mi szczękę. Potem usłyszałem znajomy głos i dotarło do mnie, że udziela się tu jeden z moich ulubionych wokalistów czyli gardłowy Cultes Des Ghoules (tak, wiem, nie pierwszy raz, ale wcześniej to było za mało by mnie przekonać do zespołu). To był drugi cios, choć szczęka już była w rozsypce. Trzecim, który zamienił ją w proch i pył był efekt tej współpracy i moc całokształtu tego materiału. Wszystko tu siadło doskonale, wszystko złożyło się perfekcyjnie w to jedno potężne uderzenie powalające na dechy i kończące jakąkolwiek dyskusję. Pięć lat dzieli te dwadzieścia minut anihilacji od poprzedniego wydawnictwa ale w moich oczach zespół nie tylko nie stracił formy, on ją wręcz zyskał. To co zrobili z „Mordercą” Kata to jest absolutny sztos. Cover trzeba umieć zagrać, inaczej nawet na to miano nie zasługuje. Bo odegrać z tabulatur czyjś kawałek to da radę większość muzyków, kilku to i pewnie ze słuchu, ale nie na tym przecież zabawa polega. Dawno temu nakładem Pagan Records wyszła składanka w hołdzie śląskiej legendzie i duża szkoda, że tego numeru tam nie ma. Postuluję wznowienie z dograną interpretacją Lvcifyre, bo dla mnie generalnie to jeden z najlepszych coverów Kata jaki słyszałem. Brawo, kurde balans, brawo. A wcześniej? Wcześniej jest piekło, demony, czarna msza i miazga ciężaru lejącego się smoliście do uszu. Brzmienie jest niesamowicie potężne, tchnie otchłanią i jękiem mordowanych świętych, klimat momentami zahacza o upiorny teatr (ale tak jest zawsze gdy zza mikrofonu dobiega głos Marka), którego nie powstydziłby się żaden szanujący się black metalowy hord. Ale przede wszystkim jest tu moc. Siła. Potęga wręcz. I jest ona nie dość że przekonująca i ciekawa to potrafi być porywająca. Choć to tylko dwadzieścia minut, to jest to bardzo ciekawy materiał jeśli chodzi o złożoność kompozycji i ich budowę. Schematy są, ale najczęściej z boku. Zresztą, ja mogłem dotąd nie być wielkim fanem zespołu, ale nie można mu oddać tego, co już sobie wypracował, czyli wysokiej pozycji wśród wielbicieli przesypywania piekielnego gruzu. A to zobowiązuje i trudno byłoby wszystkim przełknąć przeciętny materiał po takiej przerwie. Na szczęście nie musieliśmy, bo „Sacrament” jest bardzo dobry i nie przypuszczam by zawiódł czyjeś oczekiwania. Ja nie miałem żadnych, tym bardziej mi miło. Dziękuję. 

Lvcifyre - „Sacrament”. Dark Descent Records / Malignant Voices, maj 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz