niedziela, 23 czerwca 2019

Ku chwale Islandii.


Za sprawą Misþyrming 22 maja tego roku stał się dniem wartym odnotowania w moim kalendarzu. Oto bowiem ukazała się płyta, o której śmiało mogę powiedzieć, że jest pierwszą pochodzącą z Islandii i wydaną po 2000 roku, która naprawdę mi się podoba. Ba, ona mnie w pierwszym momencie rozłożyła. I choć teraz już nie jestem tak niesamowicie entuzjastycznie nastawiony to wciąż uważam, że to doskonały album. Może trochę zbyt taneczny, może trochę zbyt powierzchowny i pozorny, ale nadal bardzo, bardzo dobry.

Ale od początku. Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczął się ten islandzki boom, bo rzeczami mało istotnymi nie zawracam sobie głowy, wiem jednak, że kompletnie te wszystkie klony samych siebie w coraz to nowych projektach do mnie nie trafiały. Islandzką scenę postrzegałem i postrzegam jako jeden zespół pod różnymi nazwami – niestety dla mnie zespół nudny. Kolejne albumy pojawiały się i szybko znikały z mojej głowy, bo nudziły śmiertelnie. Aż do tego roku, aż do maja. Znajomy Islandczyk podesłał link, postanowiłem więc z uprzejmości sprawdzić – poza tym w sieci zawrzało od opinii, że tym razem to coś innego, tym bardziej więc chciałem się przekonać. No i bum, dostałem mocnego prostego w gębę. Bo taki jest ten album. „Algleymi” powala szybko, urzeka jeszcze szybciej, rozpala uczucie wielkie ale ja już wiem, że nie będzie to głęboka miłość na lata, co najwyżej wieloletni płomienny romans, który wybucha tylko podczas sekretnych schadzek. Bo ten krążek, jak większość rzeczy pięknych z zewnątrz, oszałamiających wręcz, w środku nie ma do zaoferowania wielkiego bogactwa będącego w stanie zapewnić przyjacielskie towarzystwo w ponure zimowe wieczory. Bardzo szybko odsłania karty i wiemy wszystko. Wyskoczysz z nim na imprezę, ale w listopadową noc pomyślisz o innym. To zbiór samych hitów pędzących radośnie (no, poza czwartym instrumentalnym „Hælið”, wprowadzającym chwilę oddechu) i z uśmiechem na ustach w stronę sal koncertowych, będących dla nich idealnym środowiskiem. Nie przez przypadek użyłem słowa „radośnie” i jest to jeden z moich problemów odnośnie „Algleymi”. Tytuł co prawda tłumaczyć można jako „ekstaza, zapomnienie”, więc teoretycznie wszystko się zgadza, ale… No właśnie, ale jest takie, że nie tego oczekuję od black metalu, tutaj tej radości i pozytywnych uczuć jest aż za dużo momentami. Może brzmi to dziwnie, bo przecież muzyka powinna dawać radość, przecież black metal też mi ją daje, ale jednak w zupełnie inny sposób. Fakt, sam lider zespołu tłumaczył, że chciał więcej rock’n’rolla i przyznać muszę, że to mu się udało. Szczerze mówiąc trudno tę płytę określić jako stricte black metalową czy – zaryzykuję – black metalową w ogóle. Co ciekawe, w kontraście do muzyki stoją teksty, które już wesołe nie są gdy mówią o tym jak daliśmy się wszyscy sprowadzić na manowce, jak myślimy tylko i wyłącznie o sobie, jak zatracamy się jako jednostki i społeczeństwa. Warto liryki „Algleymi” zgłębić, bo nie były pisane na kolanie i nad kilkoma sprawami po ich lekturze zastanowić. Zatytułowałem tę recenzję tak a nie inaczej, choć przecież jest tu tekst piętnujący dosadnie islandzkie społeczeństwo. Wyszło więc trochę przewrotnie, chodziło mi jednak tylko i wyłącznie o osobiste odczucia, bo oto wreszcie wyszło coś z tej odludnej wyspy co potrafiło mnie porwać, coś dzięki czemu pomyślałem ciepło o tamtejszej scenie. Poza tym, to świetny album i ujmy Islandii nie przyniesie. 

Ciekawostką jest, że materiał ten gotowy był już w 2016 roku. Tak się teraz zastanawiam, czy gdyby wyszedł wtedy, dziś pisałbym o nim tak samo? Jak to będzie z „Algleymi” po dłuższym czasie? Czy siła tego pierwszego uderzenia wystarczy bym wracał do niego z chęcią za trzy lata? Czy jednak jego olśniewająca powierzchowność to za mało i wystarczy tylko na czołówkę tego roku (o co jestem dość spokojny)? Czy rzeczywiście 22 maja 2019 roku będzie dla mnie za kilka lat ważną datą, czy jedynie bladym wspomnieniem? I wreszcie – najważniejsze – czy ta płyta zmieni choć trochę trend islandzkiej sceny, ożywi ją i zmieni jej oblicze? Na te pytania nie dostanę teraz odpowiedzi i nawet ich w tej chwili nie oczekuję. Teraz mam „Algleymi” i nie myślę o przyszłości. Liczy się tu i teraz – tak długo jak jego piękno mi na to pozwoli. Chwilo trwaj. 


Misþyrming - „Algleymi”. Norma Evangelium Diaboli, maj 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz