poniedziałek, 3 czerwca 2019

Diabelska góra.


Tak sobie słucham tego Trupa i okazuje się, że jak na nieboszczyka jest bardzo energiczny. A przy okazji ma sporo do powiedzenia. Głośno i wyraźnie. Pierwszym i najważniejszym oznajmionym nam komunikatem jest: stara szkoła bluźnierstwa muzycznego żyje i nawet dziś, nawet zza grobu potrafi odpowiednio zmasakrować dziewicę (zawsze mnie to bawi), jej synka i wszystkich jego popleczników. Drugim, także ważnym przesłaniem jest to, że można grać w duchu dekad minionych i robić to w sposób w jakimś stopniu świeży.


Nie mam zamiaru nikogo oszukiwać, w lustro też chcę spojrzeć bez obrzydzenia, nie będę więc wciskał wam bzdur, że jest to materiał odkrywczy czy nowatorski, czy choćby odgrzewający stare nuty w sposób jakiego nikt wcześniej nie użył. Nie. Ale jednak ma w sobie coś czego czasami innym czerpiącym z lat minionych brakuje. „Krew Diabła” ma w sobie ten pierwotny jad, pierwotną siłę bluźnierstwa, tę niepohamowaną energię i dzikość, która cechowała formującą się scenę death a potem black metalową. Obie są tu ważne, bo kiedyś – w początkach ekstremalnego metalu – mocno się przenikały, granice były płynne, chodziło o to by być jak najbardziej ekstremalnym i mało kto dbał o łatkę gatunkową. Taki też jest ten album Trupa. Ekstremalny muzycznie i tekstowo, metalowy do szpiku kości, przesiąknięty radością bluźnierstwa i plucia na wszystko co święte. Nikt tu nie odstawia nogi, nikt nie symuluje a jeśli chłopaki po śmierci trafią jakimś cudem do nieba to czerwona kartka gwarantowana. Dużo robi brzmienie i mam wrażenie, że to ono definiuje w największym stopniu charakter tego materiału oraz daje mu się wyróżnić spośród innych – jest gęste a zarazem grobowe, wyraziste i ostre a przy tym ciężkie. Taka mieszanka powoduje, że nie do końca odbieram ten materiał jako powrót do lat osiemdziesiątych, bo to jest właśnie element, który decyduje o świeżości podejścia do interpretacji przeszłości. Powoduje też, że trudno pokusić się o jednoznaczną łatkę gatunkową, ale to już wcześniej ustaliliśmy – tu nie o nią chodzi, tu chodzi o lanie po ryju wszystkich aniołków tego świata. I wierzcie mi, jest to chłosta. Pierwsze trzy numery kompozycyjną maestrią nie powalają, są trzema szybkimi strzałami w bebechy – ich celem jest bezwzględne odsianie melomanów prog rocka. Ci co przetrwają zostaną nagrodzeni, bo czwarty utwór „Teufelberg” to jak na ten album prawdziwy majstersztyk aranżacyjny i kompozycyjny. Do tego doskonały klimat i świetny tekst. Zaraz po nim „Agonia”, kolejny hicior. Nie potańczycie przy nim z dziewczyną, ale wszystkie ostre i ciężkie przedmioty odłóżcie daleko. Dwa najmocniejsze punkty na pełnowymiarowym debiucie pomorskich zwłok. Całe to szaleństwo trwa nieco ponad czterdzieści minut a zamyka je przyzwoicie zrobiony cover Kat - „Płaszcz Skrytobójcy”. Tu muszę wspomnieć o wokaliście, choć w zasadzie wyrazy uznania należą mu się za cały materiał. Potencjał w gardle jest i na szczęście został odpowiednio wykorzystany. 

Dobrze mi się słucha tego materiału i choć wiem, że nie trafi pod strzechy większości domów w tym kraju, nawet tych domów przesiąkniętych diabłem, polecam z czystym nieczystym sercem, bo w naszym pięknym kraju nie ma ostatnio wielu młodych kapel lepiej wracających do fundamentów gatunku. Trup może i jest martwy, może i toczą go już robaki, może trochę śmierdzi, ale jeśli macie czarta w sercu, to nie lękajcie się. Jest po waszej stronie. 


Trup - „Krew Diabła”. Dark Omens Productions, marzec 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz