środa, 5 czerwca 2019

Dekada w pigułce.


Załóżmy, że poznajecie kogoś, kto chciałby wejść w świat black metalu, niestety wcześniej się z nim nie zetknął – powiedzmy, że co najwyżej liznął i to komercyjne parodie (obiła mu się o uszy wydmuszka ewentualnie dimmu borgir i zdecydował się na niesamowicie odważny krok wejścia w podziemie - teraz pewnie takich fanatyków wielu). Dorobek gatunku jest ogromny, zadanie zatem będzie wymagało czasu i cierpliwości. Ale można je sobie trochę ułatwić, bo właśnie wyszła płyta, która w swoich pięćdziesięciu minutach zawiera wszystko to co było najlepsze, a na pewno najbardziej charakterystyczne, w black metalu lat dziewięćdziesiątych a więc w najważniejszej dla gatunku dekadzie.

Norweski Mork to jednoosobowy projekt działający od 2004 roku. Ta data oraz muzyka grana przez Thomasa Eriksena czynią z niego sukcesora i kontynuatora norweskiej (choć nie tylko) drugiej fali. Mork wypuszczał albumy lepsze i gorsze, nigdy jednak nie zszedł poniżej dobrego poziomu a najnowszy, wydany w kwietniu tego roku „Det Svarte Juv” to opus magnum projektu i zdecydowanie rzecz spod tego logo najlepsza. To taki mini leksykon, podręczny przewodnik ewentualnie składak „the best of”. I to chyba jest główny powód dla którego słucha się go tak dobrze, pomimo iż trwa prawie godzinę, co dla wielu black metalowych albumów jest zabójstwem. Jednak czwarty krążek Mork jest tak niesamowicie zróżnicowany, bogaty, pełen smaczków i wspaniałych aranżacji, że po prostu nie może nudzić. Co utwór, to inna opowieść. Co utwór, to skojarzenie z inną legendą. Celowo nie wymienię nazw, bo wiecie, że tego nie robię, ale każdy kto zna twórczość północy z lat dziewięćdziesiątych bez problemu je odgadnie. I nie odbieram tego wszystkiego w żadnym razie jako kopiowanie, powielanie czy zrzynanie z wielkich poprzedników. To po prostu bardzo silna inspiracja, podana jednak pod wyrazistą nazwą Mork, która już swój styl zdążyła wypracować. Co ciekawe, choć użyłem wcześniej określenia „the best of”, sam album nie ma w sobie wielu momentów wybitnych, choć jako całość stoi na bardzo wysokim poziomie. W moim odczuciu ten „the best” odnosi się do zebrania w jednym miejscu najbardziej charakterystycznych dla tamtej dekady elementów aranżacyjnych, patentów kompozytorskich, wokalnych technik czy wreszcie sporego udziału soczystych riffów (co przecież nie jest takie oczywiste). Są tu oczywiście, jak już wspomniałem, momenty naprawdę mocno zapadające w pamięć, jak cały trzeci „Pa Tvers Av Tvidende” - cudownie posępny numer, który mógłby trwać z dziesięć minut dłużej, motyw przewodni „Siste Reis”, czy początek „Den Kalde Blodsvei”. Dla mnie to najbardziej wyraziste chwile „Det Svarte Juv” ale cały album jest naprawdę wysoko. Mam za sobą wiele przesłuchań i nie zdarzyło mi się odczuć znudzenia. Pewnie, można zaryzykować stwierdzenie, że upichcenie czegoś wedle przepisu „do gara leci wszystko co znane, sprawdzone i dobre” nie może skończyć się źle, jednak historia pokazała, że teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką. Mork opanował oba aspekty tej sztuki i wie nie tylko jakie składniki, ale także jak je podać, wymieszać, przyrządzić. Dla mnie to jest danie świetne, w osobistym tegorocznym menu gości i będzie gościć często, nie powinno zabraknąć go też w podsumowaniu wysiłków kulinarnych całej sceny. Może i nie jest to album roku, ale na pewno całej dekady. Polecam. 

Mork - „Det Svarte Juv”. Peaceville Records, kwiecień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz