wtorek, 25 czerwca 2019

Dążenie.


Pięknie się ta płyta zaczyna. Pierwsze dźwięki podbijają mnie jak Rzesza Związek Radziecki w pierwszych miesiącach Operacji Barbarossa. I ta euforia trwa przez dłuższy czas, jednak w pewnym momencie traci impet, trafia na ten cholerny Stalingrad i już do końca nie potrafię odnaleźć tego stanu uniesienia z pierwszych minut „Strävan”. Szkoda, bo mógł to być album naprawdę doskonały a jest „tylko” bardzo, bardzo dobry, co oczywiście ujmą nie jest, tym bardziej, że wynosi on Murg na poziom do tej pory dla nich nieosiągalny.

Trzeci krążek Szwedów jest całkowicie norweski, tak jak dwa poprzednie zresztą. Albo inaczej – jest w pełni skandynawski ze zdecydowanym wskazaniem na Norwegię. Czterdzieści minut klasycznego black metalu utrzymanego w średnich tempach. Niby nic nowego, prawda? Albumów, które można tak opisać wychodzi rocznie pewnie kilkadziesiąt. Czemu więc pochylam się akurat nad tym? Czemu zbiera on zewsząd pozytywne opinie? To proste. Ma niesamowitą atmosferę. Duet tworzący Murg nagrał prawdziwie złowieszcze dzieło nie używając do tego niczego poza tym co klasyczne, w dodatku zrobił to grając raczej wolno niż szybko. Są tu oczywiście przyspieszenia ale siłą tego krążka są zwolnienia, płynące niespiesznie dźwięki wiejące grozą i złem. Tajemnicą i ciemnością. Zaryzykuję twierdzenie, że te przyspieszenia są tu wręcz zbędne i trochę (tylko trochę!) psują atmosferę albumu, bo naprawdę Szwedzi do perfekcji opanowali wolne granie. Dwa pierwsze utwory mówią o tym bardzo dobitnie i są w moim odczuciu jednymi z lepszych jakie w tym roku słyszałem. Nie mam zamiaru narzekać, że co pewien czas sobie podkręcą tempo, bo w końcu bardzo to lubię (czwarty „Renhet” to hicior, że hej!), ale kiedy już się to dzieje czekam niecierpliwie na kolejne zwolnienie, by dać się ponieść niespiesznie przez atmosferę grozy. Tytułowy utwór to jest wprost arcydzieło, z niesamowitymi gitarami, wspaniałymi bębnami i klimatem wręcz obezwładniającym. I wszystko jest cudowne, na najwyższym poziomie, wciągające, intrygujące, uzależniające wręcz, aż do pewnego momentu. Niestety, nie jest to do końca równy album, bo o ile zaczyna się wybitnie tak im dalej tym poziom opada. Nie leci na łeb na szyję, jednak mocno studzi rozbudzone na początku oczekiwania i emocje. Na szczęście jest to tylko spadek z poziomu wybitnego na bardzo wysoki czy po prostu wysoki, jednak lekki zawód pozostaje. Tym bardziej, że poprzednie albumy Szwedów były (tylko i aż) bardzo solidnymi wydawnictwami ale nie wyróżniały się niczym szczególnym pośród setek podobnych materiałów. Początek „Strävan” sugeruje, że tym razem będzie inaczej, niestety geniuszu nie wystarczyło na całe czterdzieści minut. Ale i tak jest to bez wątpienia najlepsze dzieło Murg w ich dotychczasowym dorobku i cieszmy się z tego powodu, bo świadczy to o rozwoju zespołu. Z dużą niecierpliwością należy czekać na kolejny materiał szwedzkiego duetu, bo potencjał tu jest taki jak pancernych zagonów mknących przez rosyjskie równiny. Oby tylko nie przytrafiła się Prochorowka. 

Warto wspomnieć o ascetycznej acz bardzo ciekawej oprawie graficznej krążka. Udanie komponuje się z atmosferą płyty i wszystko to razem sprawia, że obcowanie z tym albumem to naprawdę czysta przyjemność. 

Murg - „Strävan”. Nordvis Produktion, kwiecień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz