środa, 8 maja 2019

Triumf w świątyni.


W kwietniu pisałem o ciekawej demówce Cultum Interitum (tutaj), która ukazała się w bardzo limitowanym nakładzie w 2017 roku. Dziś pochylę się nad kolejnym wydawnictwem warszawskiego zespołu. „Temple of Triumphant Death” to epka z marca 2018, która potwierdza rozwój zespołu w każdym aspekcie, jest też zarazem heroldem zmiany i zwiastunem wyboru. Aspekt ilościowy, na który trochę ponarzekałem przy okazji demo (mając jednak w tyle głowy, że to przecież podziemie i nie możemy się spodziewać nakładów gwiazd popu, wręcz nie chcemy takich) tu także doświadcza rozwoju, bo materiał został wydany na CD w ilości 200 sztuk, jest też dostępny w sieci.

Zmiana, metamorfoza, rozwój. Wszystko to jest tu widoczne. Począwszy od oprawy graficznej, która poszła mocno w kierunku minimalizmu i głębszej ciemności, co bardzo mi się podoba i robi naprawdę dobre wrażenie. Taka tajemniczość przyciąga i wzbudza zainteresowanie. Za tą zmianą wizualną i wizerunkową poszła też zmiana muzyczna. Można przyjąć, że oba wydawnictwa są bardzo spójne w swej całościowej wymowie a zarazem mocno od siebie różne. I to też widzę jako pozytyw, bo dowodzą one konsekwencji w działaniu, spójności wizji – nawet jeśli ta wizja ewoluuje i na różnych etapach twórczości nie jest taka sama. „Temple of Triumphant Death” prowadzi nas w głęboką ciemność ścieżką muzyczną dużo bardziej wyrafinowaną i poplątaną niż na poprzednim materiale. Mniej tu black metalu jako takiego, więcej wpływów lekko zgruzowanego i piwnicznego death metalu, przez co dźwięki zyskały na mocy i głębi, tracąc jednak nieco energii. Sporo tu zawiłości, trochę kombinowania i muzycznych zakrętasów. Nie spodziewajcie się muzyki do tańca, to raczej złowieszcza zaduma, czasami tylko przerywana wybuchami agresji. Jest to jednak zarazem kolejny materiał ujawniający potencjał zespołu, choć tak jak w przypadku poprzednika nie powali was i nie będziecie wielbili Cultum Interitum jako przyszłych bogów podziemnego grania. Nie. Ale to rzecz solidna a najbardziej zyskuje jako całość i za to muszę bardzo zespół pochwalić. Takie wydawnictwa są solą podziemia, pokazują jego moc i wartość. I choć to tylko trzynaście minut to znajdziecie tu naprawdę dużo diabła, podziemnych krypt i prastarych zaklęć szeptanych w zatęchłych, marnie oświetlonych katakumbach. W końcu to świątynia zwycięskiej śmierci, trudno więc oczekiwać roześmianego placu zabaw. Mnie ten klimat bardzo się podoba i jestem w stanie przymknąć oko na fakt, że sama muzyka nie porywa, bo nie każda ma to czynić. „Temple of Triumphant Death” posiada inne atuty, które w świetle tego, że panowie pracują nad nowym materiałem, wróżą dobrze. Bo ta krótka epka dowodzi, że są i umiejętności i pomysły i wizja. A to w końcu bardzo ważne. Nie wiem jaką drogę obierze zespół, bo tym wydawnictwem mocno balansuje na granicy gatunków, ale właściwie ma to drugorzędne znaczenie, bo najważniejsze jest by szedł w zgodzie z samym sobą, co jak mniemam dotąd czynił. I co jak wiem, przynosiło pozytywne efekty. Pozostaje czekać i co pewien czas powrócić do świątyni zwycięskiej śmierci. 


Cultum Interitum - „Temple of Triumphant Death”. Bloodred Distribution, 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz