środa, 1 maja 2019

Szubienica dla trzech.


Wisi sobie dwóch facetów na solidnej, zbiorczej szubienicy. Zawsze to fajnie mieć towarzystwo, prawda? Jest tam miejsce dla trzeciego, ale dotąd się nie pojawił. I pewnie już się nie pojawi, bo pomimo wolnego sznura, na tym wydawnictwie miejsce jest tylko dla dwóch bohaterów. I nie potrzeba nikogo więcej, bo tych dwóch łobuzów radzi sobie świetnie. Pomimo tego, że wiszą.

Teoretycznie nie powinno być to spotkanie pełne filozoficznych dysput, czy w ogóle jakichkolwiek dysput, bo w końcu panowie dyndają. A jednak nie udaje im się zachować śmiertelnego milczenia, można rzec, że są nienaturalnie głośni. Pierwszy krzyk podnosi jegomość imieniem Krigeist, który występuje tu jako Belliciste i jest odpowiedzialny za muzykę i teksty czterech pierwszych kompozycji tego wydawnictwa. Daje mu to mniej więcej dwadzieścia dwie minuty niczym nieskrępowanej wypowiedzi zamkniętej w konwencji black metalu. Nieskrępowanej, to trafne określenie, bo mam wrażenie, że od ostatniego materiału (tutaj o nim) Belliciste lekko zdziczał. Podniosłość i bojowy zapał „Bardachd Cogaidh” ustąpiły miejsca głębszej piwnicznej atmosferze i większemu muzycznemu rozpasaniu hulającemu swobodnie po wszystkich pobliskich cmentarzach. Diabeł wychodzi tu z każdego dźwięku a drzwi krypty pozostają szeroko otwarte do ostatniej sekundy. Te cztery utwory mocno zbliżyły Belliciste do obskurnych klasyków gatunku, ale celowo nie będę wymieniał żadnych nazw. Po raz kolejny bardzo podoba mi się to co przygotował Krigeist i z całą stanowczością – jeśli ktoś jeszcze tego zespołu nie poznał, koniecznie musi to nadrobić. A ten split jest świetna okazją, bo także drugi z wisielców, Glomor, człowiek stojący za Pale Mist ma tu swoje do powiedzenia. Nie zamyka krypty otwartej przez sąsiada, sprowadza nas wręcz na jej głębszy poziom. Dwie długie kompozycje dające prawie dwadzieścia minut muzyki to jego udział w tej diabelskiej szubienicznej biesiadzie. Tutaj już naprawdę nie ma miejsca na jakiekolwiek uprzejmości, to szalony krzyk z najgłębszych czeluści. I choć faktycznie największą dawkę opętania, szaleństwa i dzikości wprowadza tu wokal, to środowisko wręcz naturalne tworzą mu instrumenty. Produkcja jest z cyklu tych „zróbmy to w zatęchłej piwnicy, będzie tak akurat”, aranżacje i kompozycje momentami sprawiają wrażenie jakby tworzył je częsty bywalec zamkniętych oddziałów szpitali psychiatrycznych, ale to tylko dodaje tym dwóm numerom uroku. I autentyczności, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie robiłby takiej muzyki by komukolwiek sprawić przyjemność. Tu mamy cierpieć i cierpimy, ale to w końcu black metal i nikt nie oczekuje ukwieconej łąki i ćwierkających ptaszków. Ten trzeci, wolny stryczek, to dla nas – słuchających Pale Mist. Pozostaje tylko wybór: albo szybko zaciśniemy pętlę, albo trochę sobie podyndamy słuchając jeszcze co najmniej kilkukrotnie tego wydawnictwa. Ja wybieram drugą opcję, bo to kolejny materiał, który jest dziś black metalowi potrzebny. Klasyczny, pełen diabła, szczery i bezpośredni. Brzydki, brudny, ale znajomy. To nie jest szubienica dla tych co szukają muzycznych innowacji. To jest stryczek dla tych, co już dawno znaleźli swoją miłość i są jej wierni. 


Belliciste / Pale Mist - „Belliciste / Pale Mist”. Werewolf Promotion, marzec 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz