poniedziałek, 6 maja 2019

Słowackie bluźnierstwa.


Słowacka scena co jakiś czas potrafi mnie bardzo pozytywnie zaskoczyć - co ciekawe praktycznie nie zdarza się jej mnie rozczarować. Proces odkrywania jej skarbów trwa u mnie od kilku lat, jest powolny i działa na zasadzie odkryć raczej przypadkowych, bo nie mam czasu by z premedytacją grzebać w tym niewielkim kraju (wbrew pozorom pomimo relatywnie niedużej ilości mieszkańców scena jest dość bogata). W tym roku trafił mnie Temnohor oraz Tujarot (zalecana pisownia to chyba TujAroT, ale umówmy się, że sobie na potrzeby tego tekstu ułatwię zadanie) i to właśnie tegorocznej epce tych drugich poświęcona jest poniższa pisanina.

Spotkanie z „Blasphemische Ritual” zaowocowało poznaniem wcześniejszej twórczości Tujarot, bo panowie nie są w żadnym razie debiutantami ani nowicjuszami. Zdążyli wydać pełniaka, którego polecam bardzo mocno oraz dwie epki – nie licząc bohatera dzisiejszej recenzji. Długograj „Existencialista” pochodzi z 2017 roku i wypełniony jest mrocznym, rytualnym black metalem w którym bardzo mocno odczuwalne są echa lat osiemdziesiątych. Sporo tam zwolnień, czasami wręcz ocierających się o doom/death, sporo szaleństwa pomieszanego z hipnotycznymi rytmami ale najwięcej niesamowitej rytualnej aury i klimatu grozy. Wydana w lutym tego roku „Blasphemische Ritual” (bardzo adekwatny tytuł) podąża tą samą drogą będąc naturalną kontynuacją dla długograja. Może trochę tu więcej szaleństwa i dzikości (w czym przodują doskonałe wokale), może troszkę więcej szybkości i mocy, ale klimat i aura pozostają takie same. Nie zmienia się także styl, mamy tu do czynienia wciąż z black metalem starej szkoły, zagranym ze swadą i pomysłem. Pomimo wszechobecnego tu mroku mam poczucie sporej dawki lekkości z jaką to wszystko Słowakom przychodzi. Słychać, że wiedzą co i jak chcą grać i czują się w tej konwencji doskonale. Wszystko jest tu naturalne i po prostu sobie płynie. Materiał nie jest odkryciem Ameryki, ale w bardzo fajny sposób przynosi stare patenty oraz miesza w sobie style dając w efekcie końcowym dwadzieścia minut bardzo zajmującej muzyki. Ten bluźnierczy rytuał nie ma w sobie ani chwili nudy. Tu muszę trochę przystopować, bo znam jedynie trzy autorskie kompozycje. Czwarty na płycie jest cover Urfaust, on jednak dostępny jest tylko na nośniku fizycznym a tego jeszcze nie mam. I nie wiem czy uda mi się go zdobyć bo CD limitowany jest do 44 sztuk (pełniak miał limit 39 kopii). Co ciekawe, każda ma troszkę inną okładkę bo wszystkie malowane są ręcznie (inna jest też okładka wersji cyfrowej, którą widzicie poniżej). Nie wypowiem się więc na temat jakości coveru Urfaust ale może to i lepiej bo nie jestem wielkim fanem tych ostatnich więc moja opinia i tak pewnie byłaby niewiele warta. Szczerze jednak polecam szesnaście autorskich minut tego materiału, które znajdziecie na bandcampie i youtube. Nie będzie to czas zmarnowany. Warto śledzić przyszłe losy zespołu choć panowie nie są seryjnymi wypluwaczami nowości, więc pewnie przyjdzie trochę poczekać na nowe dzieło. Ale nie ma tego złego (znaczy no… tu akurat chyba jest) jak mawiają, lepiej rzadziej a porządnie. 


Tujarot - „Blasphemische Ritual”. Wydanie własne (Nidstang Records), luty 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz