piątek, 24 maja 2019

Raj odzyskany.


Kurde bele, ależ mi się fajnie słucha tego materiału! Nie miałem wielkich oczekiwań, właściwie żadnych – a tu proszę, takie miłe zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że w takiej stylistyce coś może sprawić mi jeszcze choćby większą dawkę radości (poza klasykami oczywiście) aż tu nagle wjeżdżają Belgowie z Marche Funebre ze swoim „Death Wish Woman” i okazuje się, że jak najbardziej.

Lata kiedy zasłuchiwałem się w dźwiękach wyspiarskich romantyków z My Dying Bride, Paradise Lost czy Anathemy dawno minęły i szczerze przyznaję, że dziś rzadko wracam nawet do ich klasycznych albumów, choć oczywiście cenię je i lubię. Marche Funebre wzięło mnie z zaskoczenia, bo spodziewałem się tu raczej grobowej atmosfery i ślimaczego tempa, dlatego nie przystępowałem do odsłuchu z wielkim entuzjazmem, chciałem po prostu odhaczyć ten materiał z poczucia recenzenckiej odpowiedzialności. No i cios – podwójne zaskoczenie! Primo – tu wcale nie ma żadnego grobu, rozpaczy i hektolitrów łez „jakie to życie jest tragiczne, wyskoczył mi pryszcz, mam siedemnaście lat i nie chcę już żyć”. Secundo – tu jest właśnie stary MDB, Paradise Lost i Anathema. Ale nie tylko, bo Marche Funebre potrafi przyłożyć do pieca konkretnie i nie bez przyczyny określa się ich muzykę jako death/doom. Momentami lecą jak rasowa maszyna śmierci, wzbogacona o bardzo dobre black metalowe wokale, po chwili zmieniają się we wspomnianych już klasyków z ich najlepszych lat. Szczególnie wokalista daje tu popis, są takie chwile, że jest żywcem wyjętym Aaronem z Umierającej Panny Młodej, potrafi też poczęstować nas rasowym growlem, oraz wspomnianym już wcześniej black metalowym krzykiem. Materiał nie jest długi, bo to epka, ale niesamowicie zróżnicowany. A do tego cholernie nośny i chwytliwy, nie ma możliwości by choć przez chwilę nudził. Pierwsze dwa numery to w większości entuzjastyczna jazda do przodu, pełna świetnych riffów, ciekawych melodii, głębokich zwolnień i interesujących aranżacji. Dopiero trzeci – najdłuższy – wprowadza oddech i sporo chwil zadumy. Nie czyni jednak tego w sposób naiwny, tu nadal jest prawdziwe piękno muzyki i uśmiech na twarzy. Wszystko to podane w dobrze odżywionym brzmieniu, soczystym i mocnym. Selektywnym i klarownym ale nie nazbyt nowoczesnym, mocno nawiązującym do wspominanych już klasyków. A wszystko zamyka cover „As I Die” Paradajsów, który sam w sobie interpretacją wybitną nie jest, ale ponieważ to doskonały utwór a nie został tu schrzaniony, to słucha się go dobrze. Nie wiem czy będę bardzo często wracał do tego materiału z racji ograniczeń czasowych oraz większego afektu do innego rodzaju dźwięków, ale wiem, że naprawdę fajnie było to usłyszeć i obiecuję sobie, że zapoznam się z resztą twórczości zespołu. Może nie tylko ta epka wywoła u mnie przyjemne sentymentalne westchnięcie a już dla niego samego warto. Polecam. 

Marche Funebre - „Death Wish Woman”. GrimmDistribution, październik 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz