niedziela, 26 maja 2019

Nie.


Teoretycznie miała tu być recenzja nowego albumu Illness, ale chyba lepiej będzie zamieścić przepis na schabowego. Akcja bardziej wartka, fabuła ciekawsza a i pożytku więcej, bo lepiej dobrze zjeść, niż słuchać „Mental Carnage”. Z drugiej strony schabowego to każdy potrafi zrobić i nawet bez przepisu trudno schrzanić go tak, jak ten album. Jestem fanatykiem kotleta i chyba tylko raz w życiu jadłem takiego naprawdę całkowicie nieudanego. Było to doświadczenie podobne do czterdziestu minut spędzonych z piątym albumem Illness. Nigdy więcej.

Jestem też fanatykiem black metalu i naprawdę trudno było mi wytrzymać do końca tego albumu. Zacznę od tego co najbardziej lasuje mózg, czyli wokali. Ja nie wiem czy wokalista ma wadę wymowy, czy dziesięć lat i jest przed mutacją, ale brzmi tu jak dziecięca wersja któregokolwiek przypadkowo wybranego gardłowego z takiej choćby Szwecji. I to jest dramat pierwszy i największy. Dramatem drugim, wołającym o pomstę do bogów kompozytorów, jest chaos, miszmasz i totalna wirówka wszystkiego, co udało się do niej wrzucić. Trudno zliczyć wszystkie usilne próby grania „jak ktoś tam”, bo jest ich tyle ile chorób w encyklopedii. A wszystko to podane zostało w sosie „bardzo chcemy być industrialni” co powoduje iż album brzmi jak kiepski żart, bo efekt jest taki, że ani to industrialne, ani blackowe, tylko takie nie wiadomo co. No i te sample, które chyba miały uczynić „Mental Carnage” płytą nowoczesną ale w połączeniu z muzycznym kabaretem wywołują jedynie uśmiech politowania, jak podczas setnego występu Kryszaka z tym samym programem. I dramat trzeci, będący zarazem potężnym świętokradztwem – zamykający wydawnictwo cover Profanum. Jeśli można obrazić w jakiś sposób pierwowzór, to tutaj zostało to zrobione. Już nawet nie tyle samą interpretacją, choć i ta jest słabiutka (oryginał został po prostu pokryty sosem „bardzo chcemy industrialnego Profanum”), ale w ogóle obecnością na tym materiale. Dramatem czwartym i ostatnim jest fakt wydania tego materiału przez tak fajny label jak Werewolf Promotion. To chyba boli najbardziej, bo ten album to taki perfekcyjny kandydat na "Via Nocturna z dumą prezentuje".  

Dobra, więcej mi się nie chce. A schabowego to wiecie – rozbić, obtoczyć (najlepiej dwa razy w bułce) i smażyć na smalcu. „Mental Carnage” omijać. Szerokim łukiem.

Illness - "Mental Carnage". Werewolf Promotion, 2019. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz