czwartek, 30 maja 2019

Jesień życia.


Tajemniczość i prostota sprzyjają black metalowi. Okładki i oprawa takie jak ta zdobiąca debiutancki album ukraińskiego Wolftomb również. Potrafią, jeszcze przed poznaniem samej muzyki, wprawić w odpowiedni nastrój. A kiedy krążek ląduje w odtwarzaczu fajnie, gdy dźwięki dopełniają stronę wizualną. W przypadku „Autumn of Our Lives” jest właśnie tak, jest tak jak być powinno i jedyne czego brakuje mi do pełni zadowolenia to warstwa liryczna, której nie udało mi się poznać.

Niewiele wiem o samym zespole, czy też projekcie - bo wielce prawdopodobne jest, że to jednoosobowe przedsięwzięcie. Mógłbym dopytać u wydawcy, ale szczerze – nie ma to większego znaczenia, bo najważniejszą informacją jest ta, że Wolftomb mi się podoba. Moje podejrzenia co do ilości muzyków stojących za tym materiałem biorą się z informacji o gatunku wykonywanym przez zespół, którym wedle Metal Archives jest - jakże by inaczej, mój „ukochany” atmospheric black metal – a to bardzo często domena solowych tworów. Piszę o tym nie bez powodu, bo choć nie cierpię tego określenia, to do Wolftomb trochę ono pasuje. Oczywiście tylko i wyłącznie dlatego, że muzyka ukraińskiego tworu jest bardzo mocno przesiąknięta atmosferą (co oczywiście tyczy się praktycznie wszystkich black metalowych albumów) właśnie taką jaka pierwsza przychodzi na myśl kiedy pada to niefortunne określenie. Tak, mamy tu mizantropię, mamy tu smutek, mamy tu tęsknotę, mamy tu izolację i ucieczkę w świat natury. Nie mamy tu natomiast mazgajenia się i niepotrzebnych dłużyzn, nie mamy usilnego krzyczenia na lewo i prawo o tym, że „jest mi tak źle, że zaraz wyskoczę z drugiego piętra” i tym podobnych głupot. Wolftomb to przede wszystkim black metal prosty, surowy i wywodzący się z piwnicy, owiany jednak mocno leśną mgłą i zatopiony w metafizycznych wędrówkach pośród sił przyrody. Atmosferę izolacji, odosobnienia i pewnej samotnej otchłani duszy bardzo dobrze podkreślają wokale, stanowiące ważny element budowy klimatu. Drugim są smutne aczkolwiek ciekawe melodie lekko wysunięte ponad normę przed całą resztę i to one prowadzą nas przez ten album. Znajdziemy tu także fragmenty agresywne, które jednak nie wybijają z nostalgicznego charakteru całości, tak jak te wolniejsze, jakby zamyślone, nie prowadzą do zaśnięcia. Chodzi o to, że Wolftomb świetnie balansuje pomiędzy tymi wszystkimi uczuciami, dobrze rozkłada akcenty i pomimo iż utwory są naprawdę długie (trzy kompozycje a płyta trwa pół godziny), nie nudzi. Może co najwyżej zabrać nas daleko, pozwolić się odciąć, trochę jak w przypadku Severoth, tu też jest to muzyka podróży i do podróży. Różnica polega na tym, że Woltomb operuje prostszymi środkami, bliżej mu do prekursorów takiego grania a właściwie prekursora czyli pana z Bergen. Jestem bardzo zadowolony, że takie rzeczy się ukazują bo dają mi wiarę, że w takim graniu da się zrobić coś ciekawego, coś co zainteresuje i choć nie będzie na każdą okazję, to każdy powrót będzie przyjemny. Szkoda, że nie znam tekstów, ale cóż, taka cena tajemniczości posuniętej do granic, która też ma swój urok i mam nadzieję, że Wolftomb nie będzie zmieniał swego podejścia, tak wizerunkowego jak i oczywiście muzycznego. Oby tak dalej. 

A już tak całkiem poza konkursem – coraz ciekawiej robi się muzycznie na tej rozległej Ukrainie. Kto wie, ile takich co najmniej interesujących projektów jest jeszcze dla nas ukrytych? 


Wolftomb - „Autumn of Our Lives”. Werewolf Promotion, listopad 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz