środa, 15 maja 2019

Fińskie "ugh!"


Koalicja Mythrone Promotion / Defense Records upodobała sobie ostatnio wydawanie północnej surowizny. Po szwedzkim Aggressive Mutilator (pisałem o nich tu) przyszła kolej na Finów z Black Rock. Między oboma tworami jest sporo podobieństw, bo oba to duety – w dodatku oba doświadczone, i jedni i drudzy grają prosto i brudno i co najważniejsze – kochają lata osiemdziesiąte. Ale o ile Szwedzi mnie do siebie nie przekonali tak Finom poszło lepiej i gdyby był to mecz hokejowy wygraliby ze swymi sąsiadami 3:1.

Nie znaczy to wcale, że mnie zachwycili czy czymś urzekli, choć do tego drugiego jest blisko, ale jeszcze wrócimy do tej kwestii. Podążając tropem Aggressive Mutilator i ich „Det djavlanastet”: na trzecim długograju Finów też znajdziemy totalne oddanie garażowi, podziemiu, prostocie i bohaterom lat osiemdziesiątych, z tą różnicą, że o ile tamten krążek w żadnym momencie nie potrafił się rozwinąć tak tu od czwartego numeru zaczynają się dziać naprawdę fajne rzeczy. Pierwsze trzy co prawda nie zachęcają wybitnie do dalszej rozrywki przy dźwiękach „Arcane Remorseless” ale warto je przetrwać, bo kolejnych pięć dostarcza sporo dobrej zabawy a momentami nawet porywa do tańca. No i u Finów kult Hellhammer i Celtic Frost posunięty jest jednak dużo dalej. Ale nie jest to jedyna składowa ich muzyki, bo motoryka jest tu iście punkowa i dzięki temu to album bardzo żywy, choć – ponieważ każdy kij ma dwa końce – dość jednostajny. Przede wszystkim jednak jest to dzieło bardzo proste, bardzo okrojone i surowe. Nie znajdziecie tu kompletnie żadnych ozdobników, brzmienie przyprawi was o ból głowy (te gitary!) a maniera wokalisty może w pewnym momencie zacząć irytować, zarazem jednak jest coś w tych numerach co przyciąga (ciągle piszę o pięciu ostatnich), coś co nie pozwala przejść całkowicie obojętnie obok „Arcane Remorseless”. Może to sentyment do osiemdziesiątych, może uwielbienie dla Celtic Frost i Hellhammer a może po prostu całokształt środków użytych przez fiński duet i efekt końcowy tej mieszanki na tyle fajnie wysmażony, na tyle uroczo prymitywny, że momentami aż urzekający. W kilku momentach traficie na riffy i aranże żywcem wyciągnięte z „Morbid Tales” czy „Emperor’s Return”, w kilku innych demówki Hellhammer będą wam wyskakiwały ze sprzętu grającego, ale tak naprawdę kogo to obchodzi póki jest wesoło, dobrze i da się tego słuchać bez uczucia zażenowania? Finowie przecież ani trochę nie kryją się ze swym uwielbieniem dla starych mistrzów i jeśli to im w duszy gra i na tym chcą opierać swoją twórczość, to proszę bardzo. Ja zawsze uważałem, że ten okres twórczości był zdecydowanie zbyt krótki w wykonaniu Warriora i spółki, więc jeśli trafiają się choć w miarę solidni naśladowcy, to nie narzekam. 

Polecam tym co lubią posiedzieć w garażu. I nie mam tu na myśli domorosłych mechaników, choć kto wie, może i wśród nich są tacy co lubią sobie krzyknąć „ugh!”. 

Black Rock - „Arcane Remorseless”. Mythrone Promotion / Defense Records, marzec 2019







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz