piątek, 3 maja 2019

Drezno i inne okrucieństwa.


Na początek krótko i zwięźle, dla tych co nie wiedzą bądź nie pamiętają – w lutym 1945 roku bombowce alianckie (brytyjskie i amerykańskie) przeprowadziły serię nalotów na Drezno, miasto gęsto zaludnione i pozbawione obrony przeciwlotniczej z racji swego położenia w głębi kraju. Bomby obróciły miasto w proch i pył, zginęło ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. W dwa dni. W listopadzie 2017 roku kanadyjski Hak-Ed Damm wypuścił album „Holocaust over Dresden” i choć niektórych może razić użycie tego określenia w kontekście śmierci Niemców, to nawiązań do Zagłady jest tu dużo więcej.

Może też sam tytuł być w pewnym stopniu prowokacją, bo przecież wszyscy wiemy jaka jest oficjalna narracja od wielu lat, co można o kim mówić a czego nie. Nie mam zamiaru zagłębiać się tutaj w czeluście politycznych i obyczajowych uwarunkowań, mam po prostu wrażenie, że twórcy albumu starają się zwrócić uwagę także na ofiary z drugiej strony. Cała płyta poświęcona jest drugiej wojnie światowej ale w kontekście niemieckim. W pewnym stopniu przypomina to twórczość Marduk, bo to dość podobny rodzaj spojrzenia i opowiadania historii. Nie jest jednak tak dosłownie i szczerze mówiąc trudno mi wyrokować czy członkowie Hak-Ed Damm opowiadają się po którejś ze stron. Bo weźmy choćby taki „Auschwitz – Birkenau”, piąty na płycie, dość refleksyjny czy wręcz wzruszający utwór akustyczny, w którego tle słyszymy pociąg. Kolejny „Usine de Mort” poświęcony jest okrucieństwom dokonywanym w obozach koncentracyjnych, co w jakimś stopniu może sugerować jedynie kronikarskie zapędy zespołu, bez określania się i deklarowania po tej czy po tamtej stronie. Ale właśnie – okrucieństwa wojny. Bombardowanie Drezna, obozy, bezpardonowe podbijanie Związku Radzieckiego, okrutne traktowanie Niemek przez armie zwycięzców czy sam horror walki na froncie. Wszystko to tu jest i zostało bardzo dobrze podbudowane muzyką. Hak-Ed Damm serwuje nam totalnie bezkompromisowy, brutalny, nie zatrzymujący się black metal. I tu też można doszukać się sporo podobieństw do weteranów ze Szwecji. Bez wątpienia zbliża ich do siebie gęstość i intensywność muzyki, momentami to wręcz nawałnica pełna gradu kul, jak dziesiątki bomb spadających na zmęczoną ziemię. Kanadyjczycy robią to bardzo dobrze, zachowując przy całej tej sile naprawdę dobrą klarowność i przejrzystość brzmienia (to kolejny wspólny mianownik ze Szwedami), pozwalającą rozkoszować się melodiami granymi przez basistę – to niesamowicie ciekawy element tego albumu no i jakby nie patrzeć rzadko spotykany. Dość powiedzieć, że momentami basista swoje a zespół swoje. Polecam zwrócić uwagę. W ogóle polecam ten krążek, bo to czterdzieści minut muzycznej zagłady, holokaustu nie tylko nad Dreznem, ale nie jest to jakaś nieprzemyślana nawałnica typu „byle szybciej i mocniej” tylko zimna i wyrachowana akcja mająca na celu zgładzenie soniczne jak największej ilości słabych jednostek. Hak-Ed Damm nie bierze jeńców, niszczy masowo, z rozkoszą w oczach i uśmiechem na ustach. 


Hak-Ed Damm - „Holocaust over Dresden”. Satanath Records, 2017.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz