piątek, 17 maja 2019

Czarne słońce.


Coś jest w tym portugalskim, bezlitosnym słońcu. Coś dusznego, ciemnego, gęstego i bardzo, bardzo złowieszczego. Coś co nie pozwala oddychać, spycha w ucieczkę pod ziemię a tam… tam jest jeszcze ciemniej, jeszcze mroczniej, jeszcze bardziej dziko, gęsto i prymitywnie. Coś musi być w tym południowym słońcu, coś co oddaje ludzi w ramiona zła, czyni z nich dźwiękowych opętańców bo co ostatnio trafiam na materiał pochodzący z tamtejszych czeluści muzycznych to jest on przesiąknięty kryptą do cna. Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku Graves i ich pełnowymiarowego debiutu „Liturgia de Blasfemia”, jednego z najlepszych dotychczasowych tegorocznych krążków.

To kolejny zespół z tego starego kraju, w którym aż gęsto od dusznego powietrza, lepkiej atmosfery i piwnicznego brudu. W przeciwieństwie do północnych hord, te portugalskie nie epatują atmosferą mroźnego podmuchu, nie tną lodem i nie mrożą krwi. Wrzucają nas głęboko, by to wszystko co na powierzchni zaatakowało ze zdwojoną siłą pod nią. Graves to taka lepka, pełzająca po podłodze tej podziemnej czeluści groza. Pełzająca, bo gęsta ale na pewno nie ślamazarna, bo „Liturgia de Blasfemia” to materiał żywy, szybki i energiczny, jednak – pomimo tego – zamknięty w formie zbitej, lepkiej masy i to ona jest pierwszoplanową siłą nacierającą na nasze zmysły. Wspaniale Portugalczycy budują klimat rodem z horroru, tutaj każda minuta to prawdziwe zło. Nie ma tu ani chwili łaski, nie ma upiększeń, nie ma ozdobników, nie ma poszukiwania muzycznych wodotrysków. Jest stara szkoła strachu, która wspaniale nawiązuje do ponadczasowej „De Mysteriis...” Mayhem, ale tylko klimatem, tylko tym jak ją odbieramy. Muzycznie „Liturgia...” to płyta dużo brutalniejsza, dużo brudniejsza, dużo bardziej bezkompromisowa. Zapomnijcie o melodiach, zapomnijcie o wesołym tupaniu nóżką (no, może poza jednym utworem ale i tu nie jest to wcale wesołe), zapomnijcie nawet o podniosłym black metalu opiewającym potęgę czarnego majestatu. Tutaj diabeł ma twarz wszystkich waszych fobii, jego opętańczy śmiech śmierdzi lękiem wszystkich wyznawców nazareńczyka, patrzących jak blady cieśla dźwiga dwie zbite deski w kierunku Golgoty. Tej ostatniej poświęcono tu sporo miejsca (wnioskuję z tytułów, bo tekstów nigdzie nie dorwałem) i nie przypuszczam by chodziło o zachwyty nad okolicznym krajobrazem. Cierpienie, strach, bluźnierstwo idą tu ze sobą pod rękę, krew sączy się wolno spod pokutnego habitu – niestrudzenie jednak doprowadza do wykończenia. Do wykończenia wszystkiego co w opozycji do lepkiego zła, zalegającego pod sprażoną słońcem ziemią. 

Graves to brud, Graves to zło, Graves to strach i ohyda. Graves to opętanie. Jakże się cieszę, że są wciąż ludzie, którzy tak grają najwspanialszy z gatunków. 


Graves - „Liturgia de Blasfemia”. Iron Bonehead Productions, luty 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz