poniedziałek, 13 maja 2019

Cuba Libre.


Spory kawał Świata już zwiedziłem dzięki metalowi (co prawda palcem po mapie, bo lubię wiedzieć gdzie leży miasto z którego pochodzi zespół) ale wciąż trafiają się geograficzne niespodzianki i nowości. Weźmy taki Skjult. Nazwa podchodzi wręcz elegancko pod Skandynawię, muzyka również – generalnie płyta sprawia wrażenie na wskroś europejskiej. Dlatego też gdy już po pierwszym odsłuchu wbiłem nazwę zespołu do Metal Archives i oczom mym ukazała się nazwa jego ojczyzny to lekko zdębiałem. Bo kto spodziewałby się, że jest nią Kuba?

Zasadniczo nic a nic mi to nie przeszkadza, bo niby dlaczego Kubańczycy nie mogliby wielbić diabła? Trudno mi po prostu muzykę tak mocno kojarzącą się z mroźną Skandynawią umiejscowić na tej gorącej wyspie. A jeszcze trudniej wyobrazić sobie fotosy w makijażu pośród palm. Cóż, pewnie dlatego nie ma we wkładce zdjęć ;) Poza tym chyba nie spotkałem się do tej pory z jakimkolwiek kubańskim tworem metalowym a co dopiero black metalowym. W każdym razie nic mi do głowy na szybko nie przychodzi, jeśli ktoś coś zna, proszę o podpowiedź. Nic to, nawet jeśli jest to pierwszy kubański twór black metalowy, który poznałem, to nie wniesie on nic nowego do mojej geograficznej biblioteki muzycznej, bo też nic nowego na „Progenies ov Light” nie znalazłem i wam też się nie uda. Może ci wikingowie, którzy podobno pierwsi wylądowali na amerykańskiej ziemi odwiedzili też Kubę i Skjult jest efektem setek lat kultywowania północnych tradycji w którejś z tamtejszych rodzin? Nie zdziwiłbym się, bo ten materiał można by podrzucić kilku szwedzkim kapelom. Nie podniósłby poziomu artystycznego dorobku wielu z nich, ale dla kilku byłby kolejnym typowym, wydawanym co dwa lata krążkiem, który ani nie zachwyci ani nie przyniesie wstydu. I tu pojawia się kolejne zaskoczenie – realizacja tej płyty, jej jakość i natężenie agresji. Wszystko to wymieniam jednym tchem bo to te trzy rzeczy decydują o odbiorze drugiego albumu Skjult i powodują, że jest to odbiór pozytywny. Krążek brzmi cholernie profesjonalnie (o ironio, aż trochę za bardzo jak dla mnie) a spodziewałbym się raczej totalnie amatorskiej produkcji – warunki bytowe na Kubie nie kojarzą mi się z luksusami. Ale – możliwe, że się mylę, albo po prostu człowiek stojący za Skjult (bo to jednoosobowy projekt) jest jednym z nielicznych „których stać”. Nie będę wnikał, po prostu mnie to zaskoczyło. To wszystko nie wystarcza jednak by „Progenies ov Light” mnie porwał bo po prostu brakuje mu tego magicznego pierwiastka, nie zachwyca, nie niesie, nie rosną od niego rogi. W pewnym momencie zaczyna nużyć, bo jest dość monotonny i aranżacyjnie ograniczony, choć teoretycznie wszystko się tu zgadza. Ale teoria z praktyką rzadko idą w parze i wychodzi mi na to, że skandynawski black metal teoretycznie grać może każdy ale w praktyce najlepiej wychodzi to Skandynawom. Choć i oni potrafią czasami mocno spartaczyć sprawę, dużo bardziej od takiego Skjult, więc wszystko jest względne. Zresztą, Skjult tak naprawdę niczego nie spartolił, jedynie nie natchnął swej muzyki odpowiednią dawką północnej duchowości no ale trudno to zrobić na plażach Hawany. 

Podsumowując – polecam jako ciekawostkę, choć warto przynajmniej raz całość przesłuchać.

Skjult - "Progenies ov Light". Satanath Records, luty 2018. 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz