piątek, 10 maja 2019

Cesarz odnaleziony.


Uwaga, uwaga! W sieci pojawił się sensacyjny materiał! Ktoś odnalazł i opublikował (jest już nawet na fizycznych nośnikach!) ukryty dotąd album Emperor! To dopiero, proszę państwa, sensacja! Fachowcy określają czas powstania tego dzieła na lata 1993 – 1996 i są praktycznie pewni, że mógł to być następca kultowego debiutu Norwegów. Padła też hipoteza, że był to materiał dla tamtego krążka alternatywny a że zespół zdecydował się na wydanie „In the Nightside Eclipse” to te nagrania powędrowały do prywatnego archiwum muzyków. Kto wie, bardzo możliwe, bo „Reign in Supreme Darkness” mógłby być bohaterem takiej historii. Tyle tylko, że na okładce widnieje logo Vargrav a album pochodzi z tego roku.

Przez chwilę pomyślałem, że może trochę za bardzo poniosła mnie we wstępie fantazja postanowiłem więc kolejny raz posłuchać drugiego albumu fińskiego jednoosobowego projektu i już wiem, że nie. Nie poniosła. Podpisuję się oboma rękami pod tezą, że „Reign in Supreme Darkness” mógłby być zaginionym albumem Emperor. Zresztą, tu nie chodzi tylko o Emperor, choć do nich najbliżej. To po prostu jest płyta żywcem wyciągnięta z tamtego okresu a konkretnie z pierwszych lat istnienia tak zwanego symfonicznego black metalu. Nie jestem fanem tego gatunku, ale akurat debiut Emperor uważam za dzieło wybitne a przy okazji jedyne naprawdę godne miana „symfonicznego”. To co wydarzyło się później z tym podgatunkiem zasługuje jedynie na milczenie. Dobrze więc, że Vargrav najmocniej nawiązuje do „In the Nightside Eclipse”, bo jak już się na czymś wzorować, to lepiej na ekstraklasie niż na okręgówce. Piękny jest ten album a najpiękniejszy będzie dla tych co mają sentyment do lat dziewięćdziesiątych bo jak już pisałem to nie tylko Emperor wyskakuje z tej płyty. Nawiązań, cytatów, mrugnięć okiem jest tu dużo więcej i aż ciśnie mi się by powiedzieć – szkoda, że ten album nie ukazał się wtedy. Może pomógłby temu podgatunkowi? Z drugiej strony to, że dostajemy go teraz też jest fajne, bo przynosi wspomnienia, daje masę radości i aż serce rośnie, że ktoś chce tak dzisiaj grać. Nie ma tu więc przegranych, nie ma sensu narzekać, trzeba tego krążka słuchać bo jego siła to nie tylko sentymentalna moc powrotu do lat minionych. To po prostu bardzo dobrze skomponowany, zaaranżowany i zagrany black metal.Wszystko jest tu odpowiednio wyważone, ani na chwilę Vargrav nie popada w patos pomimo podniosłości samej muzyki, ani na moment nie ociera się o śmieszność czy plastik tandety pomimo wszechobecnych klawiszy. Już poprzedni krążek Fina był smakowitym kąskiem pod względem sentymentalnego powrotu do klasycznego grania, prezentował jednak jego trochę inną – bardziej powszechną – odmianę. „Reign in Supreme Darkness” to odważna próba zmierzenia się z graniem o bardzo mocno nadszarpniętej reputacji, z graniem, które przerodziło się w kabaret. Vargrav pokazuje jak należy to robić i wychodzi z tej próby nie tylko z tarczą ale i z poczuciem pełnego zwycięstwa bo nagrywając taki album inaczej czuć się nie można. Cóż, Finowie to Finowie, to chyba wystarczy za podsumowanie. 


Vargrav - „Reign in Supreme Darkness”. Werewolf Records, kwiecień 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz