poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Santiago de piekło.


Ameryka Południowa dostarcza nam muzycznych wrażeń od lat. Najczęściej są to rzeczy bezkompromisowe, zrodzone w zatęchłych piwnicach i tchnące bluźnierstwem jak fawele biedą. Pewnie nie jest tam łatwo tworzyć najczarniejszą ze sztuk, bo katolictwo szerzy się bardziej od karaluchów we wspomnianych już dzielnicach biedy. I może właśnie dlatego, kiedy już wyplute zostaje metalowe dzieło, jest najczęściej tak bezkompromisowe. Chilijska Ignominia też nie zasypia gruszek w popiele, choć nie jest na pewno najbardziej ekstremalną hordą z tamtych rejonów geograficznych jaką słyszałem.

Jest za to jedną z ciekawszych spośród tych, które spotkałem w ostatnich latach. A spotkałem dzięki naszej Fallen Temple, która w tym roku na jednym krążku wydała dwa wydawnictwa bluźnierców z Santiago. Dostajemy tu ostatni ich materiał a zarazem pełnowymiarowy debiut, czyli „Ars Moriendi” z 2017 roku i jako bonus epkę „Falsa Divinidad” z 2015. Oba wydawnictwa dają prawie czterdzieści pięć minut muzyki, z czego długograj to dwadzieścia siedem, nie jest więc wiele dłuższy od epki. Najważniejszy jest jednak fakt, że całość to po prostu konkretny strzał w pysk. Jak już pisałem, Ignominia nie jest najbardziej bluźnierczą, obskurną i piwniczną bandą degeneratów z kontynentu południowoamerykańskiego bo słychać tu – i to całkiem dobrze – że mamy do czynienia z muzyką, jednak nie są to też dźwięki znane w filharmoniach tego świata. Informacja we wkładce głosi iż materiał został nagrany na setkę (nie wiem czy tyczy się to także epki) co oczywiście słychać bo ma to wpływ na brzmienie, ale przyznaję, że dawno tak fajnej setki nie słyszałem. Jest podziemnie, jest brudno, ale na tyle selektywnie, że można się skupić na poszczególnych instrumentach. Ignominia para się mariażem death i black metalu, choć tego pierwszego tu więcej. Spotkamy też trochę thrashowej motoryki i energii a czasami nawet heavy metalowe solówki. Wszystko to podane jest w lekkiej posypce z siarki i podlane smołą, ale nie są to czynniki dominujące. To w ogóle jest bardzo eklektyczny materiał, bo w jednym kawałku możemy doświadczyć czysto death metalowej ściany dźwięku by po chwili runąć w wir melodyjnych gonitw a la Dissection. Słychać też kompozycyjną i aranżacyjną różnicę pomiędzy materiałem z 2017 i 2015 roku, zdecydowanie na korzyść tego pierwszego. To dobrze, bo świadczy o rozwoju zespołu, co pozwala z optymizmem czekać na kolejny materiał. Nie powiem wiele na temat tekstów, bo wszystkie są po hiszpańsku a nie jest to język w którym czuję się swobodnie. Właściwie to w ogóle się w nim nie czuję a nie mam zamiaru używać jakiegoś podłego translatora tylko po to, by zniekształcić liryki i źle je odebrać. Jestem jednak przekonany, że panowie nie śpiewają o pokoju na świecie i bożym baranku niosącym miłość, czyli nie ma obaw – nie zdeprawują waszych dusz. Podsumowując – bardzo solidny i fajny materiał, pozytywne zaskoczenie i naprawdę słowa uznania dla Fallen Temple, że ich wydali. Piekło nie zna granic ani kontynentów! 

Ignominia - „Ars Moriendi”. Fallen Temple, 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz