środa, 10 kwietnia 2019

Podróż.


„When the Night Falls...” to chyba najlepszy album do dalekich podróży jaki słyszałem w ostatnim czasie. I nie chodzi o to, że jest długi. Ani o to, że nie jest bardzo wymagający, bo to wręcz jego plus. Chodzi o to, że potrafi doskonale oderwać od rzeczywistości, pozwala odpłynąć w totalnie inne przestrzenie i wymiary, porwać nad szczyty gór i wierzchołki drzew, nad rozległe równiny i do mglistych dolin. Zapomnicie o upływie czasu, kilometrach i powinnościach. Poniesie was i wasze myśli w przeszłość a może i w przyszłość, zamiesza w duszy i głowie, zasieje spokój i rozbudzi tęsknotę. Bo sam w sobie jest podróżą, pejzażem przed oczami i ciszą wewnątrz.


Ma w sobie jakąś magiczną lekkość i siłę wciągania, moc przekonywania i nieodparty urok. Już klawiszowe intro skutecznie i szybko łapie w sidła wyobraźnię i pozwala jej zrobić z nami co tylko zechce. Bardzo szybko tracimy kontakt z rzeczywistością i trudno jest go odzyskać do końca albumu. Przed oczami wciąż wyrastają nowe krajobrazy, pejzaże malowane dźwiękiem, możemy być w niezliczonej liczbie miejsc naraz, ale każdy będzie tam, gdzie chce być, gdzie być powinien. Ten album niczego nie narzuca, niczego nie wymusza, niczego nie sugeruje. On uwalnia, w ciągu godziny pozwala przebywać setki kilometrów, dziesiątki lat, pory roku i pokolenia. Pomaga, wspiera, ale nie nadaje kierunku. Stwarza idealne warunki ale ich nie określa. Przez godzinę jest wspaniałym towarzyszem podróży ale nie przewodnikiem. On tylko popycha cię za drzwi, reszta jest w twojej głowie. Robi to jednak tak skutecznie, że do końca już się nie zatrzymasz. I robi to wszystko głównie za pomocą klawiszy. To one są tu instrumentem prowadzącym, dominującym, wyznaczającym muzyczny trakt tej płyty. Czwarty album ukraińskiego Severoth to jeden z tych krążków, które należy za te nie zawsze przecież udane klawiszowe dominacje pochwalić. Nie ma tu szaleństw i silenia się na orkiestrę symfoniczną, jest natomiast dźwiękowa fala spokojnego oceanu, potężna ale nie nazbyt spieniona. Majestatyczna, ale w przepychu oszczędna. Buduje wspaniale tło będąc zarazem pierwszym planem. Sposób w jaki Severoth wykorzystuje klawisze jest naprawdę godny podziwu, bo nie dość, że potrafi zainteresować pomimo braku barokowych ozdobników to jeszcze przekonuje nawet takich sceptyków tego instrumentu jak ja. Może będzie lekką przesadą co napiszę, może tylko wynikiem sklerozy, ale po „In the Nightside Eclipse” Emperora nie spotkałem się chyba z tak masowym i tak udanym zarazem wykorzystaniem klawiszy. Jednak pomimo wszystkiego co tu napisałem, bardzo chciałbym uniknąć określania muzyki ukraińskiego projektu jako symfonicznego black metalu, bo ta łatka kojarzy mi się bardzo negatywnie i w zasadzie poza wspomnianym już debiutem Norwegów to głównie kicz i tandeta. A Severoth ani jednym ani drugim nie jest. Metal Archives podpowiada, że to mój ulubiony (uwaga!) atmospheric black, tym razem jednak po pierwsze jestem w stanie się zgodzić, po drugie, nie mam zamiaru narzekać. Czemu? Bo Severoth faktycznie buduje niesamowitą atmosferę i nie opiera jej na płaczliwym zawodzeniu do księżyca. Gdyby choć część tych wszystkich jednoosobowych projektów tworzyła to co Ukrainiec, przeprosiłbym się z tym odłamem black metalu i pewnie odbywał więcej podróży w czasie i myśli. Rzeczywistość jest jednak taka, że w tej chwili tylko Severoth potrafi mnie z niej wyrwać na tyle skutecznie, że nie muszę nawet pamiętać o tych wszystkich muzycznych porażkach. I bardzo dobrze, bo nie chcę. Raz na jakiś czas popłynę sobie z „When the Night Falls...” bo wiem, że będzie to wycieczka udana i obfitująca w doznania. Polecam, warto. I naprawdę nie potrzeba do tego żadnych innych bodźców zewnętrznych, choć krajobraz przesuwający się za oknem współgra z tym albumem świetnie. Bo to muzyczna podróż, będąca towarzyszem podróży. 

Severoth - „When the Night Falls...”. Werewolf Promotion, październik 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz