poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Król niczego.


Z drewnianym berłem. Wśród popiołów jałowej ziemi, rozwiewanych przez wiatr. Rozdarty, samotny, bez poddanych. Król na tronie, bez kraju. Pośród ruin ludzkości. Zbliża się koniec, ale zanim nadejdzie, warto podarować sobie pół godziny na podróż do tej krainy. Pełnej smutku, nieco zapomnianej i odsuniętej na boczny tor, kiedyś jednak bogatej i dumnej. Najlepiej wybrać się tam samotnie i w milczeniu podziwiać ciche lasy pełne szarych drzew, spacerować wśród równin z wiatrem w kołnierzu by wreszcie dotrzeć do studni. Przy odrobinie szczęścia będzie w niej woda, jednak bardziej prawdopodobny jest popiół. Bo tu wszystko umiera, choćby i pięknie, to jednak odchodzi.

Stoi tam też samotna, rozpadająca się chata, w której kiedyś mogła być radość i życie, ale te dni już dawno minęły, rozwiane przez stulecia. Wszystko co spotkacie podczas wędrówki do krainy Ashes nie obudzi w was śmiechu, nie zagrzeje serca, nie rozświetli duszy. Tam tylko klątwa i rozpacz snująca się po bezdrożach. Jałowe pustkowia i milczące sosny kryjące wątłym cieniem brudną ziemię. To kraina przeszłości wrzucona w teraźniejszość, w której trudno się jej odnaleźć. A jednak dla tych, którzy kiedyś tymi drogami wędrowali, piękna. Budząca wspomnienia, niosąca czar młodości i urok wczorajszego dnia. I obietnicę, że kiedyś znowu będziemy jednością, kiedyś to wszystko powróci z całą mocą, bo ta dzisiejsza wyprawa to dopiero początek. I choć brzmi jak początek końca, to gra pięknie, jak herold zapowiadający wzniosłą klęskę. A potem patrzymy na tego smutnego króla, zamyślonego na swym ulotnym tronie i sprowadza nas na ziemię, w proch i pył obraca. Bo taka jest kraina Ashes, obdarta z piękna a jednak pełna uroku. Smutna, z lekką dozą gniewu krzyczącego o sprawiedliwość. A żeby tę ostatnią w pełni oddać debiutowi krakowskiego projektu, trzeba faktycznie cofnąć się do lat minionych, dekady pełnej doskonałej muzyki, granej z pasją i szczerze. Ashes zatapia swoją muzykę w tamtych latach całkowicie i w najmniejszym stopniu tego nie kryje. Nie czerpie jednak z jednego tylko źródła, szuka i łączy, finalnie zamykając wszystko w postaci black metalu prostego, szczerego i w większości smutnego. Potrafi jednak to wszystko wyważyć, bo nie jest to ani przesadnie rozpaczliwe chwytanie za żyletkę, ani piwnicznie bluźnierczy wymiot epatujący setką kozłów i tysiącem pentagramów. I choć zdecydowanie muzyce zespołu bliżej do kategorii pierwszej, to jednak smutek, którego tu doświadczamy ma klasę i prawdziwą głębię, ulotny urok i styl. To nie ten rodzaj umartwiania kiedy myślimy o szybkim zakończeniu egzystencji, to ten dużo gorszy – to skazanie na wieczną udrękę i potępienie, samotną wędrówkę i jeszcze samotniejsze myśli. I w tym Ashes wypada bardzo przekonująco. W trzecim utworze, doskonałym wręcz mariażu wczesnej Katatonii z drugą falą daje nam chwilę uśmiechu, ale to bardziej śmiech przez łzy, za tym co było. W zamykającym płytę „Dies Ultima” doświadczamy nawet muzycznej energii i gniewu, tylko co z tego, skoro wszystko podane jest w oparach beznadziei? Tak jak w drugim „Majesty”, gdzie poznajemy historię króla z drewnianym berłem, co samo w sobie budzi w nas odruchowo żal i litość. Jest to zresztą kompozycja wspaniała a jej refren to prawdziwe złoto. W kolorze pyłu oczywiście. I taki jest ten materiał. To prawdziwy skarb, pokryty kurzem i prochem, z pozoru dość oczywisty a jednak skrywający drugie dno. Starszym przyniesie sentymentalne wspomnienia, młodszych powinien zachęcić do wędrówek w przeszłość. A wszystkich bez wyjątku pozbawić co najmniej pół godziny życia, które poświęcą na oderwanie się od rzeczywistości i zajrzenie do tej samotnej studni. W krainie popiołów. 

Król niczego. Z drewnianym berłem. Ale w koronie. 


Ashes - „Ashes”. Malignant Voices, luty 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz