niedziela, 24 marca 2019

Trzoda się rozrasta.


Jednym z fajniejszych aspektów słuchania metalu przez co najmniej kilka lat jest możliwość obserwowania rozwoju zespołów. Śledzenia ich artystycznej ścieżki, ewolucji bądź degrengolady – to już ma mniejsze znaczenie, chodzi o samą muzyczną podróż, wzloty i upadki. To prawie jak dobry brazylijski serial, tyle, że wszyscy są w skórach i łańcuchach. Czasami, czego nie da się uniknąć, trafiają się kłujące boleśnie w serce zgony zespołów lubianych i szanowanych, ale są też takie, które na naszych oczach rozkwitają jak piękny kwiat.

Dobra, trochę mnie poniosło z tym kwiatem, szczególnie w kontekście kapeli o której ten tekst. Jednak nie ma co kryć – ewolucja jakościowa cieszy zawsze, bo przecież wszyscy chcemy dla metalu jak najlepiej. Cieszy ona tym bardziej gdy dotyczy zespołu, któremu szansę zaistnienia dał kolega, człowiek, którego bardzo szanuję za to, że mu się chce właśnie takie zespoły promować. I bardzo się cieszę, że wyszło na jego, bo Amerykanie z Pig’s Blood nie zawiedli i najnowszym albumem wskoczyli na wyższy poziom bluźnierczej sztuki. Pierwszy raz odpaliłem „A Flock Slaughtered” kilka miesięcy temu i pozamiatał mną jak sprzątaczka szkolnym korytarzem. Kilka razy musiałem się upewniać, że to ten sam zespół, który znam z debiutu wydanego w 2017 roku (o nim tutaj). „Pig’s Blood” to był solidny, dobry album, pełen agresji, dzikości i mocy, ale przy najnowszym krążku wygląda jak tankietka przy czołgu. Mordercy trzody chlewnej z Milwaukee wskoczyli do wyższej ligi i wcale nie są w niej chłopcami do bicia. Zrobili postęp dosłownie w każdym aspekcie, zaczynając od samych kompozycji, poprzez aranżacje, brzmienie, natężenie agresji i mocy po teksty i oprawę graficzną. „A Flock Slaughtered” to faktycznie zarżnięta trzoda i to zarżnięta brutalnie. Dziesięć utworów, pół godziny czystej, dzikiej agresji, choć już nie tak pierwotnej jak na poprzednim albumie, tu wszystko jest trochę bardziej usystematyzowane, poukładane. Nie zmniejsza to jednak ładunku energii i nienawiści, lekko go po prostu kieruje na inne tory i kanały odbioru. Bezdyskusyjnie jest to jednak cios potężny. To co najbardziej mi się tu podoba to niesamowicie ostre brzmienie, które nadaje albumowi siłę wymowy a przy okazji bardzo delikatnie (momentami) wrzuca go w objęcia black metalu, choć bez cienia wątpliwości to płyta death metalowa. 

Drugi album Pig’s Blood to pełna satysfakcja. Chłopaki nie zawiedli, uderzyli mocno i celnie, rozwinęli się w dobrym kierunku i jak to samo zrobią przy okazji trzeciego krążka, to polecę go nawet pani z lokalnego spożywczaka. Muszę jeszcze wspomnieć o świetnej okładce autorstwa niezawodnego Warhead Art. Każda praca tego człowieka przyciąga czymś wzrok, jego styl jest charakterystyczny ale na szczęście wciąż oryginalny. I swoją dzikością pasuje do muzyki Amerykanów wyśmienicie. Z czysto kronikarskiego obowiązku odnotujmy na koniec bardzo profesjonalne wydanie płyty. Nic nowego w przypadku Godz Ov War ale na uznanie zasługuje niezmiennie. 


Pig’s Blood - „A Flock Slaughtered”. Godz Ov War Productions, luty 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz