piątek, 29 marca 2019

Rosyjskie eksperymenty.


Jeszcze kilkanaście dni temu nazwa Cage Of Creation nie mówiła mi kompletnie nic. Kiedy więc w mojej skrzynce wylądował ich najnowszy materiał „I Am the Void”, wzruszyłem lekko ramionami przyjmując tę przesyłkę bez większej ekscytacji. Poczeka – pomyślałem, patrząc na ilość materiałów do zrecenzowania i zdając sobie sprawę z czasowych ograniczeń (rozważam porzucenie posiłków i ograniczenie snu). Okazało się, że nie czekała wcale tak długo, bo po czysto kontrolnym odsłuchu z szarego końca kolejki awansowała do czołówki.






Moja i tak już długa lista rzeczy do zrobienia wzbogaciła się o kolejną pozycję, bo muszę poznać wcześniejszą twórczość Rosjan, z którą do tej pory kontaktu nie miałem. Nie odniosę więc „I Am the Void” do poprzednich wydawnictw a byłoby do czego, bo panowie mają na koncie jeszcze długograja i trzy epki. Działalność zaczęli w 2015 roku, więc nie próżnują. Metal Archives określa ich muzykę jako „experimental black metal” i coś w tym jest, choć pewnie niektórzy chcieliby tu przybić pieczątkę z jakimś postem czy innym głodowaniem. Ja przychylę się do tego pierwszego określenia oraz dodam od siebie, że jest to po prostu ciekawa mieszanka muzyczna, bo poza black metalem znajdziemy tu choćby trochę hard rocka. Materiał zawiera trzy numery, ale tylko dwa są autorstwa Cage Of Creation. Wydawnictwo zamyka cover szwedzkiego Woods Of Infinity o wdzięcznym tytule „Pappa Satan”, zagrany ciekawie i z pomysłem, dobrze wkomponowujący się w całość epki. Dwa pierwsze utwory to kompozycje bogate, rozbudowane, pełne niebanalnych aranżacji i ciekawych zwrotów akcji. Już początek pierwszego, tytułowego utworu, zwiastuje, że nie mamy do czynienia z niczym oczywistym. Gitary wraz z klawiszami i samplami wprowadzają atmosferę tyleż nierzeczywistą co intrygującą. A potem jest już tylko ciekawiej. Hard rockowe elementy w połączeniu ze świetnymi (naprawdę, doskonała robota!) wokalami, zwolnienia, wygibasy i muzyczna akrobatyka wrzucona w black metalowe opary okraszona chórami i pięknymi melodiami, bardzo nieoczywistymi dla takiego grania. Ale nad tym wszystkim unosi się duch i atmosfera wschodniego mistycyzmu (początek drugiego numeru, brawa!), świetnie wkomponowana w tradycyjnie black metalowe środki wyrazu ale i w te bliższe rockowym. Jest tu trochę szaleństwa, lekka dawka smutku, odrobina gniewu ale i sporo zadumy. Udało się Rosjanom w tak krótkim czasie zamknąć bardzo wiele i za to wyrazy uznania. Chyba jedynym minusem „I Am the Void” jest jego długość, bo rozbudza apetyt na więcej. W jakimś stopniu zaspokoję go wcześniejszymi wydawnictwami, ale ten zespół ma tak duży potencjał, że nie powinien ludziom robić świństwa w postaci kilkunastu minut muzyki. Z drugiej strony, dobre i to. Świetny materiał, kropka. 

Już nigdy nie zlekceważę niczego, co podeślą mi chłopaki z Left Hand Sounds. Najpierw Fields of Mildew, teraz to. Cyprian, poproszę więcej. 

Cage Of Creation - „I Am the Void”. Devoted Art Propaganda, 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz