środa, 20 marca 2019

Ponad sto lat temu.


Dobrze jest czasem przysiąść, odsapnąć, odpocząć od codziennej gonitwy. Wyciągnąć nogi, spojrzeć w niebo, zadumać się, powędrować myślami daleko bądź całkiem blisko. Zatrzymać na czymś dłużej wzrok, zasłuchać się w ciszy. Wciągnąć głęboko powietrze i tak po prostu się nim rozkoszować, nie robiąc nic. Dziś trudno o tak, zdawałoby się, przyziemne czynności, ale kiedyś ludzie potrafili nie tylko znajdować na nie czas ale także znajdować w nich przyjemność.






Fields Of Mildew daje nam to wszystko w dwudziestu minutach muzyki. Pozwala odetchnąć, zadumać się, zapatrzyć. I zasłuchać, gdy będzie opowiadał o tych właśnie ludziach, sprzed stu i więcej lat, którzy potrafili ciężko pracować ale też zachwycać się ciszą, doceniać te chwile z samym sobą, naturą, spokojem. O tych, którzy wiedli ciężkie życie bojąc się zarazy, śmierci własnych dzieci, gniewu boga czy czorta w kniei. A wszystko to działo się na północ od Bremy, w rejonie zwanym Teufelsmoor, pełnym bagien oraz jałowych pagórków. Życie tam na przełomie XIX i XX wieku na pewno nie było proste i o tym właśnie opowiada „Fields Of Mildew”, debiutancki materiał tajemniczego niemieckiego projektu, pierwotnie wydany w 2015 roku na kasecie, teraz wznowiony na winylu. Sześć krótkich utworów (najdłuższy ma prawie cztery i pół minuty), pełnych melancholii, tęsknoty i poczucia nieuniknionego przemijania. Aranżacje są minimalistyczne, w zasadzie wszystko opiera się o gitarę i świetne, czyste wokale. Za pomocą tak ubogich środków Fields Of Mildew potrafi jednak wyczarować urzekający klimat , który naprawdę przy odrobinie woli ze strony słuchacza może przenieść go daleko, nie tylko w czasie. Zobaczyć te nieurodzajne krainy, ludzką rozpacz i śmierć, ciężką pracę i wiatr targający drzewami późną jesienią. Przespacerować się pomiędzy pracującymi w polu, wejść do pobliskiego lasu i spotkać starą wieśniaczkę zbierającą grzyby. Dwa dni później być na jej pogrzebie a potem patrzeć jak zaraza zabiera całą wioskę. Wreszcie posiedzieć z nimi, posłuchać o codzienności, radościach i smutkach, zwykłym życiu. I tak można siedzieć dwadzieścia, czterdzieści czy sześćdziesiąt minut bo czar muzyki pada szybko i jest skuteczny. Jesienne wieczory za nami ale w przypadku Fields Of Mildew nie aura za oknem jest najważniejsza a wewnętrzne stany świadomości. 

Projekt to dość tajemniczy, ale jeśli mówi wam coś nazwa Rope Sect, to jesteście blisko, bo oba te twory powiązane są personalnie. Jesteśmy daleko od metalu (w okolicach neo-folk, choć też podobno nie do końca – wybaczcie, nie jestem fachowcem), ale czasami warto wyłączyć prąd, zwolnić i dać się ponieść myślom. Polecam. 

P.S. Tak Monika, masz rację – to jest za je bi sty album. 

Fields Of Mildew - „Fields Of Mildew”, Devoted Art Propaganda, 2019 rok (winyl) 

Materiał ukazał się też na kasecie (2015 rok) oraz na CD w formie kompilacji z EP „II” (limitowana edycja via Death Knell Productions). Dostępny także na bandcampie.

2 komentarze:

  1. Miło, że się ze mną zgadzasz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Primo - trudno się nie zgodzić, secundo - czasami zdarza nam się zgadzać ;)

    OdpowiedzUsuń