poniedziałek, 25 marca 2019

Mechaniczna pomarańcza.


Kanadyjka mieszkająca w Skandynawii, Włoch i Norweg, czyli kobieta za garami, perkusista na wokalu i cała reszta w jednej osobie. Lista aktywnych lub byłych projektów tej trójki jest naprawdę imponująca pomimo tego postanowili powołać do życia kolejny. Tak powstał Cultist, którego debiutancki materiał „Chants of Sublimation” ukazał się w czerwcu ubiegłego roku pod sztandarem rodzimej Morbid Chapel Records.

Personalną układankę uzupełnia Milla Askeladd, Włoszka, będąca autorką tekstów i okładki. Całą muzykę skomponował Norweg, ale nie polecam wyciągać z tego tytułu zbyt daleko idących wniosków, bo debiut Cultist nie brzmi jak większość albumów z krainy fiordów. „Chants of Sublimation” nie tchnie tak dobrze znanym z norweskich produkcji chłodem a jeśli już ktoś się go tam doszuka, to jest to chłód „mechaniczny”, nie naturalny. Ta epka generalnie nie ma wiele wspólnego ze skandynawskim graniem, co jednak nie powinno tak bardzo dziwić patrząc na skład zespołu. Wokalista jest Włochem i w pewnym stopniu południe Europy to dobry trop jeśli idzie o twórczość Cultist. Nie ma oczywiście sensu jakieś usilne wciskanie ich w dany region geograficzny, bo ten album i tak trudno byłoby jednoznacznie zakwalifikować czy przypisać konkretnej scenie. Poza tym on wyróżnia się tym swoim „mechanicznym” posmakiem, charakterystyczną ostrością brzmienia i jako całość tworzy bardzo zwarty, monolityczny organizm. Pięć utworów dających nieco ponad dwadzieścia minut muzyki, będących do pewnego stopnia jednym ciągiem muzycznym. Odnoszę wrażenie, że każdy następny jest kontynuacją poprzedniego wzbogaconą o nowe elementy, które tu oznaczają inną aranżację. Wbrew pozorom nie prowadzi to do znużenia, z drugiej jednak strony na pewno nie porywa. Jest tu trochę ciekawych melodii i interesujących aranżacji, brakuje mi jednak więcej atmosfery, klimatu, głębi. Wokalista też mógłby czasami coś zmienić w sposobie artykulacji a tak po prostu dokłada kolejną cegiełkę do tego lekko odhumanizowanego posmaku. Oczywiście spina się to dzięki temu jeszcze bardziej i zapewne idzie w zgodzie z zamysłem autorów, dla mnie jednak oznacza mniej emocji a te ostatnie bardzo lubię w black metalu. Nie zmienia to wszystko faktu, że jest to materiał solidny i bez wątpienia trzymający poziom od początku do końca. Nie będę do niego często wracał ale nie mam też zamiaru uciekać na samo wspomnienie nazwy Cultist. Przeciwnie, czekam na następcę „Chants of Sublimation” bo sam skład zespołu mnie do tego przekonuje i chętnie sprawdzę w jakim kierunku pójdą. 

Cultist - „Chants of Sublimation”. Morbid Chapel Records / Nigredo Records, czerwiec 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz