niedziela, 3 lutego 2019

Zgniły death metal.


Death metal to prosta gra. Piłka jest jedna a bramki są dwie, czy jakoś tak… W każdym razie kiedyś tak było a były to czasy gdy tenże gatunek poznawałem. Lata płynęły i niektórzy zaczęli sprawy oczywiste komplikować, czasami z dobrym skutkiem, niestety częściej chyba z gorszym. Dobrze jest więc czasem wrócić do tych jasnych i klarownych zasad, szczególnie za sprawą zespołu młodego i rodzimego.




Zespołu, który na zdjęciu wygląda jak z końcówki lat osiemdziesiątych tudzież wczesnych dziewięćdziesiątych. Bardzo łatwo się pomylić (bo członków Incinerator nie było jeszcze wtedy na Świecie), ale to tylko dowód na pewną stabilność w metalu – są rzeczy, które raczej nigdy się nie zmienią. Nic w tym oczywiście złego, przynajmniej szybko można stwierdzić czego się po Incinerator możemy spodziewać. Chłopaki z Warszawy przypominają, że kiedyś grało się death metal szybko, brutalnie i do przodu, bez zbędnych przemyśleń i przerw na powolne wysypywanie gruzu (nie zrozumcie mnie źle, lubię gruz, ale co klasyczne wychowanie to klasyczne wychowanie). W dobie zasypu tego ostatniego oraz więdnącej (lub wręcz nie istniejącej) już formie weteranów gatunku, dźwięki jakie generuje stołeczne trio są nie do przecenienia. Obcowanie z „Rotten Flesh Macabre” jest jak powrót do najlepszych czasów amerykańskich klasyków, z tą różnicą, że Polacy mieli wiele lat na dogłębne przeanalizowanie twórczości dziadków zza oceanu więc wybrali tylko elementy najlepsze. I tak, nie ma tu nic oryginalnego. Kompletnie. Wszystko już słyszeliście, nic Was nie zaskoczy, momentami na pewno skojarzycie konkretnych wykonawców czy nawet płyty i utwory. Tylko jakie to ma znaczenie, skoro nie każdy musi wnosić do gatunku coś nowego? Czasami wręcz lepiej by nie wnosił. EP z 2017 roku to tylko pięć numerów dających w sumie dwadzieścia minut muzyki, która – biorąc pod uwagę jej ładunek energetyczny oraz szybkość – przelatuje żwawiej od radzieckiej piechoty pod Lenino. Z jednej strony skondensowanie tego materiału a co za tym idzie moc uderzenia bardzo mi odpowiada, z drugiej trochę żałuję, że „Rotten Flesh Macabre” nie trwa dłużej, bo serio jest to kop naprawdę mocny. Kilka riffów jest tu wręcz hitowych i rankiem, w drodze do pracy robią robotę lepszą od kawy (sprawdzone!). Jedyne co czasami mnie mierzi to lekko przesadzony growl, nie do końca kompatybilny z muzyką. Świetnie sprawdziłby się w czymś grindowym, tu momentami wolałbym wyraźniejszą artykulację. Ale - to tylko drobnostka, bo zasadniczo gardłowy wykonuje kawał dobrej roboty. Zresztą, cała trójka wie o co w tym biznesie chodzi, od imidżu po muzykę, albo lepiej na odwrót, bo wiadomo co jest najważniejsze. Zmierzam do tego, że chłopaki świetnie czują się w tym swoim świecie i mam nadzieję że w nim pozostaną bo to zwiastuje fajne wydawnictwa w przyszłości. Liczę wreszcie na coś większego niż EP czy split i mam nadzieję ze panowie to udźwigną i wysmażą kawał klasycznego wpierdolu. 

Chłopaki określają swoją muzykę jako Oldschool Rotten Death Metal. Celniej się nie da. Wywaliłbym tylko to modnie brzmiące określenie „oldschool”, bo po pierwsze – po cholerę się z tym obnosić, po drugie – Incinerator to po prostu death metal, grany tak jak od zawsze death metal był grany. A jak ktoś nie wie jak był grany to niech posłucha Incinerator. I koło się zamyka. 


Incinerator - „Rotten Flesh Macabre”. Putrid Cult, luty 2017.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz