poniedziałek, 25 lutego 2019

Średnie wieki pod prądem.


Nie dam sobie za to głowy obciąć, ale jestem w stanie zaryzykować twierdzenie, iż Francuzi już we wczesnym średniowieczu podpinali gitary do prądu i dlatego teraz tak dobrze przychodzi im nasączanie swych płyt klimatem mrocznych wieków średnich. Sporo już płyt słyszałem wpisujących się w ten nurt (oczywiście lepszych i gorszych, jednak te francuskie najczęściej należą do pierwszej kategorii) i tchnących duchem przeszłości ale to co uczynił Véhémence na swym drugim albumie przerosło wszystkich poprzedników i wyniosło tę umiejętność na nowy, nieosiągalny dla nich poziom. 



I nie mam tu na myśli okładki, która choć kojarzy się jednoznacznie i jest doskonała, pozostanie tylko okładką, na której można zamieścić wszystko co przyjdzie nam do głowy i niekoniecznie musi być związane z muzyką. Nie mam też na myśli tekstów, bo nie znam francuskiego, Metal Archives podpowiada jedynie, że ich tematyka to średniowieczne sagi i fantastyka. Fajnie, tyle, że tu tak jak z okładką – napisać coś o średniowieczu można bez większego wysiłku, wymaga to jedynie odrobiny wiedzy i samozaparcia. W żadnym wypadku nie chcę deprecjonować roli tekstów czy okładek ani procesów ich tworzenia jak i samych twórców, po prostu dużo więcej trzeba, by w muzykę z kompletnie innego niż średniowiecze świata tchnąć takiego ducha by skojarzenia były jednoznaczne. Skojarzenia, bo przecież nie możemy tu mówić o odwzorowaniu, naśladownictwie czy rozwinięciu muzyki stricte średniowiecznej. Pozostajemy i pozostaniemy na poziomie klimatu, skojarzeń, odniesień i atmosfery jeśli idzie o metal i średniowiecze. Powód jest prosty – nikt wtedy nie grał na gitarach elektrycznych, nawet biorąc pod uwagę moje podejrzenia ze wstępu. Oczywiście można stosować zabiegi typu partie akustyczne, flety, różnorakie bębny i całą masę dużo bardziej egzotycznych instrumentów, ale jednak metal to prąd. Véhémence nie ucieka od zabiegów przed chwilą wymienionych, ale to nie one nadają tej płycie smak mrocznych wieków. Ubarwiają, dodają uroku, ale cały czar zaklęty został w gitary bez wątpienia podpięte do wzmacniaczy. To co Francuzi z nimi robią mogę porównać tylko do kunsztu angielskich łuczników niszczących francuskie rycerstwo pod Crecy. Celnie i bezlitośnie każdym riffem, każdą melodią i akordem trafiają w sedno sprawy. Czasami z prędkością śmiertelnej strzały, czasami jak dostojnie rozwijająca szyk ciężkozbrojna jazda a momentami jak wprawny minstrel, który wie, że jego kunszt doceniają wszyscy zebrani na dworze króla. Ale zawsze trafnie. Ta płyta ani na minutę nie wychodzi ze swej konwencji, nie zrzuca zbroi, nie drze szat. Co najwyżej dokłada ich nowe warstwy, bo co chwilę zaskakuje czymś wspaniałym. Melodie które tu wybrzmiewają zasługują na osobne pieśni pochwalne a to w jaki sposób to wszystko zebrano w całość, zaaranżowano i jakie nadano brzmienie powinno zostać wpisane do podręcznika metalu. To płyta niesamowicie podniosła, ale trudno by była inna gdy śpiewa się o czasach pełnych bohaterów. Nie ma tu jednak żenującego patosu (nie będę wymieniał przykładów, bo wszyscy wiedzą o jakie zespoły chodzi), plastikowych uniesień i sztucznie nadętych piewców jedynie słusznych czasów. „Par le Sang Verse” to niesamowicie naturalny mariaż średniowiecza i black metalu czy też metalu epickiego, którego elementy tu znajdziemy i jest to jak najbardziej zrozumiałe. Dominuje jednak black metal i to on nie pozwala tej płycie stać się kabaretem. To on wnosi pewną dozę smutku, melancholii, rozpaczy i tęsknoty. Zabarwiony podniosłością i entuzjazmem grania epickiego, daje efekt oszałamiający. Mogę tu jeszcze przez dziesięć minut pisać jaki to jest wybitny i genialny, doskonały i niesamowity album i nie będzie w tym ani krzty przesady, bo on taki po prostu jest. Nie będę jednak męczył Was tak długo, bo lepiej posłuchać, niż czytać. Powiem tylko jedno – bardzo mocny kandydat do albumu roku. Zakochałem się i jestem cały w skowronkach. Gdybym trzymał w domu konia i zbroję, to obowiązkowo słuchałbym tej płyty siedząc na nim w pełnym rynsztunku. Moc, cios, czar i wojna! Tęsknota i rozpacz, smutek i brawura! 

Polecam też poprzedni album zespołu. Bartosz Mastalski herbu Ciężkie Pióro. 


Véhémence - „Par le Sang Verse”. Antiq Records, luty 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz