piątek, 1 lutego 2019

Popiół w Popiele.


Broniłem się przed odnoszeniem „Zabobonów” do „Popiołu”, ale trudno to uczynić bo po pierwsze, ta płyta niejako wyrasta z debiutu Thy Worshiper, po drugie nie da się ukryć, że są między nimi muzyczne podobieństwa. Czy zamierzone, czy po prostu takie granie jest we krwi muzyków tworzących Thy Worshiper w 1996 i Popiół dzisiaj nie ma większego znaczenia, bo nie wpływa na ocenę samego albumu. Ma jednak wpływ na poniższy tekst, bo pisze go człowiek w debiucie Thy Worshiper rozkochany od momentu jego wydania, trudno mi więc uciec od porównań i odniesień.






Mogę się jednak trochę usprawiedliwić bo przecież sam zespół oraz wydawca nie ukrywali i nie ukrywają związków starego z nowym, informując w medialnych publikacjach kto tworzy Popiół oraz wspominając o debiucie Thy Worshiper i dodając, że „Zabobony” to w dużej części dźwięki, które gotowe były już pod koniec lat dziewięćdziesiątych i miały znaleźć się na drugim albumie zespołu. Tym samym niejako wyznaczyli drogę recenzentom, choć wystarczy jeden odsłuch debiutanckiego krążka Popiołu by bezbłędnie skojarzyć wzorce i odniesienia, nie czytając jakichkolwiek informacji. Historia potoczyła się inaczej i drugi album Thy Worshiper dostaliśmy dopiero w 2005 roku. „Signum” nie był naturalną kontynuacją „Popiołu”, tym bardziej nie były nimi późniejsze „Czarna Dzika Czerwień” czy „Klechdy”. By usłyszeć drugi album Thy Worshiper przyszło nam czekać do 2019 roku ale warto było, bo wyrwa jaka zagnieździła się w dyskografii zespołu została zapełniona. Bardzo mądrym posunięciem jest wydanie tego materiału pod nowym szyldem (bardziej adekwatnej nazwy nie mogę sobie wyobrazić), bo przecież Thy Worshiper to w tej chwili zupełnie inna bajka. I dlatego właśnie najlepiej byłoby dla wszystkich, gdybyśmy traktowali „Zabobony” jako debiut kompletnie nowego zespołu, z całkowicie premierowym materiałem, bo tylko tak można w pełni docenić fakt, iż po wielu latach takie granie wciąż się broni. Trochę zazdroszczę tym, którzy nie znając „Popiołu” usłyszą ten album. Ja nie potrafię podczas spotkania z nim uciec od odniesień, wycieczek w przeszłość i zadumy. Dawno nie przeżyłem tak sentymentalnej podróży w czasie. Ale nie zaczyna się ona od pierwszych sekund otwierającego album, singlowego „Wybiło”, bo to jest kompozycja, która rozwija i przypomina tamten styl w sposób bardzo zawoalowany (może dlatego została wybrana na utwór promujący). Wszystko wraca w drugim utworze. W drugiej minucie „Gdy Słońce Zgaśnie”, choć wokalista śpiewa zupełnie co innego, ja słyszę „...I chociaż umarłem już setki razy...” pochodzące z „Wśród Cieni i Mgieł”, kompozycji zamieszczonej na debiucie Thy Worshiper. I tak właśnie z tymi „Zabobonami” jest. Co pewien czas czuję się jakbym słuchał tamtego „Popiołu”, choć słucham tego nowego, dzisiejszego, bardzo często też innego. Największe podobieństwa to fragmenty najbardziej agresywne, gdzie charakterystyczny wokal, motoryka i intensywność są właśnie takie, jak tam. Różnica polega na tym, że tu takich fragmentów jest zdecydowanie mniej, bo też jest to album zdecydowanie mniej metalowy sensu stricto. Więcej tu różnorodności, choć nadal jest to różnorodność polegająca głównie na wplataniu partii akustycznych a przecież to właśnie było ogromną siłą albumu z 1996 roku. Tyle że tutaj to wszystko jest dużo bardziej rozbudowane, bogatsze, dojrzalsze, no ale to nie powinno dziwić, bo przecież sami twórcy są dwadzieścia lat starsi. Nawet gdy stosują proste środki wyrazu, to wyciągają z nich bardzo dużo, jak choćby w „Wilczych Jagodach”, kompozycji, która klimatem powala. Na drugiej szali mamy takich „Umarłych”, utwór absolutnie wspaniały i będący chyba najlepszym przykładem wszystkiego o czym pisałem. Łączy stare z nowym, zachwyca bogactwem aranżacji a momentami duchem niesie do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych tak udanie, że trzeba sprawdzić, która płyta jest w odtwarzaczu. Ewolucja nie dotyczy tylko muzyki, bo także warstwa liryczna zmieniła się i czasami naiwną dosłowność „Popiołu” zastąpiła głęboka metaforyka, choć zdarzają się teksty typu „kawa na ławę” jak choćby „Ojcze Nienasz”, który swoją drogą w swej prostocie jest uroczy. Zawartość liryczna debiutu Thy Worshiper była jego ogromnie ważną częścią i czynnikiem równie istotnym co muzyka jeśli idzie o kupowanie dusz. „Zabobony” czynią to głównie muzyką, ale tych bardziej dociekliwych urzekną również teksty. 

Debiut Popiołu to w prostej linii następca płyty z 1996 roku, będący zarazem rozwinięciem, powrotem i uzupełnieniem – wszystko zależy od tego, z której strony na niego spojrzymy. Rozwija debiut, uzupełnia dyskografię Worshipera, choć wydany pod innym szyldem i powraca do tamtych czasów, jednak na tyle udanie, że w żadnym momencie nie trąci myszką. Swoją drogą, chciałbym te kompozycje usłyszeć właśnie wtedy, kiedy miały się ukazać. Z czystej ciekawości. Porównać, jak brzmiałyby wtedy do tego jak brzmią teraz. Ale nie mogę tego zrobić, pozostaje więc cieszyć się tym prawie godzinnym, bardzo dobrym albumem i wierzyć, że wskrzeszony duch „Popiołu” nie będzie jednorazowym rozbłyskiem i przyniesie jeszcze jakiś diament.

Premiera 27 lutego dzięki Godz Ov War Productions. Nie zastanawiać się, brać i słuchać. Jeśli nie słyszeliście "Popiołu" Thy Worshiper, to jego wznowienie wypuszczone przez Arachnophobia Records wciąż jest dostępne. A tu kilka słów o debiucie Thy Worshiper, żebyście wiedzieli dlaczego tak go kocham:  http://www.przyszloscprzeszlosci.pl/2016/08/popio-czyli-diament.html

Popiół - "Zabobony". Godz Ov War Productions, luty 2019. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz