środa, 20 lutego 2019

Pochód mar.


Urzekła mnie ta Zmora. I to nie tylko muzycznie. Chyba wreszcie dałem jej odpowiednio dużo czasu, bo przecież nie jest to ich pierwszy materiał w moim życiu. Wszystko co było przed „Nocy czerń, nocy chłód” słyszałem, ale najwyraźniej nie słuchałem, a to wiele zmienia. Temu wydawnictwu dałem sporo czasu, tak muzyce jak i tekstom, pozwoliłem tej Zmorze odwiedzać mnie często. I odpłaciła urokiem. Nadal mnie odwiedza, ale już jako przyjaciółka.


Nie mam zamiaru twierdzić, że wcześniejsze wydawnictwa były słabe czy nudne, bo nie były. W czasie swoich premier wydały mi się po prostu oklepanym do bólu prostym black metalem. I co najlepsze nadal tak je widzę, włącznie z dwoma ostatnimi materiałami, do których zalicza się EP „Nocy czerń, nocy chłód” z marca 2018 roku. Tyle że ten oklepany do bólu prosty black metal ma swój urok, bo przecież zawsze go miał. To tylko głupia pogoń za nowościami powodowała, że wydawnictwa tego typu traktowałem po macoszemu, choć powinienem dać im więcej należytej uwagi, więcej czasu i w efekcie więcej atencji. Bo na nie zasługują. Zmora ma swój świat, swój klimat i swoją uroczą prostotę, nie tylko muzyczną bo i liryczną również. Ma cudownie proste logo i niewyszukane okładki (choć akurat oprawę graficzną tego EP uważam za jedną z najlepszych w historii zespołu). Ma więc wszystko to czego mieć nie powinna by stać się choć trochę bardziej zauważalna, ale przecież nie chce, bo i po co? Nie o to chodzi w tej grze. Nie raz mówiłem, że prostota i pewna dawka dosłowności służą black metalowi jak mało któremu gatunkowi i nadal tak uważam a Zmora to kolejny przykład potwierdzający tę tezę. „Nocy czerń, nocy chłód” to dwadzieścia sześć minut (swoją drogą świetny wynik jak na black metalowe EP) prostego, klimatycznego black metalu podanego jednak ze smakiem. Przy całej swej podziemnej i tajemniczej otoczce Zmora dba o finalny kształt muzyki i nie uświadczycie tu częstej dla podziemia niechlujności (która najczęściej wynika z konwencji nie z zaniedbania), tym bardziej nie zejdziecie z tym materiałem do śmierdzącej pleśnią piwnicy. Ale już do ciemnego lasu zimową nocą jak najbardziej. Lub na opuszczony, niewielki wiejski cmentarz przez który właśnie maszerują zmarli. Bardzo ciekawy klimat ma ten materiał i kiedy piszę o ciemnym lesie, nie robię tego ot tak – naprawdę polecam na samotny spacer nocą. Sprawdzone. Zmora zmorą jest od lat i mam nadzieję, że sobą pozostanie nadal, bo bardzo jej dobrze w takiej postaci. Tylko w niej pozostanie szczera i tylko w niej trafi do mnie po raz kolejny (co już zresztą zrobiła bo przecież w 2018 ukazała się jeszcze jedna EP, ale o niej kiedy indziej). Jestem jednak o to dziwnie spokojny, bo patrząc na dotychczasowe poczynania projektu nie zachodzi obawa o nagłą zmianę kierunku czy wizerunku. I bardzo dobrze, bo to jest black metal, którego chcę i lubię słuchać – prosty ale nie prostacki, szczery, naładowany atmosferą ale nią nie przeładowany, lekko wzbogacony dodatkami ale tylko i wyłącznie tu i ówdzie, bez wpływu na kręgosłup. A tym ostatnim jest po prostu black metal. I to w zasadzie wystarczy. 


Zmora - „Nocy czerń, nocy chłód”. Werewolf Promotion, marzec 2018.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz