środa, 27 lutego 2019

Otchłań gęsta jak maź.


Rzadko trafiają się albumy tak zdominowane przez wokal. W każdym wymiarze, bo w przypadku Goathrone to nie tylko kwestia tego co słyszę ale i jak to odbieram. Jakie rzeczy rysuje to w mojej wyobraźni i jakie obrazy tworzy. Jakie odczucia budzi i gdzie mnie przenosi. Dwadzieścia pięć minut albumu „The Black” spędzam najczęściej w otchłani lepiącej i gęstej jak maź. Czarna i ohydna wdziera się wszędzie będąc zarazem ścianami pustki, dziury bez dna.


Ona wciąga powoli. Najpierw odpycha, odrzuca i swą ohydą nie zachęca do kontaktu. Później, gdy ciekawość bierze górę i pierwszy krok mamy za sobą nie ma już odwrotu. Szybko oblepia, zamyka w swoim dźwiękowym piekle i nie puszcza. Aż wreszcie rodzi się dziwny rodzaj sympatii, bo ona przecież nadal jest ohydna i pusta bez końca ale ma w sobie to lepkie piękno, ten żrący czar, który raz rzucony zostaje na długo. Starałem się bronić, w pierwszej chwili nie sądziłem, że polubimy się z „The Black” bo to nie jest album przemawiający od razu, coś jednak kazało mi go odpalać raz po razie, coś mnie do niego ciągnęło. Szybko zrozumiałem, że to album, który można odebrać tylko na jeden z dwóch sposobów, nie da się przejść koło niego obojętnie. Albo go zaakceptujemy i spróbujemy znaleźć w nim coś co nas urzeknie lub choćby się nam spodoba, albo całkowicie i stanowczo go odrzucimy. Ale nawet ten pierwszy wybór nie gwarantuje wiele, bo nie jest to rzecz wybitna, więc o uwielbieniu mowy nie ma, na pewno jednak ma coś w sobie. Bez wątpienia główną siłą tej płyty są wokalne popisy Lorda K. bo muzycznie jest to sprawnie zagrany black/death metal, z naciskiem na ten pierwszy gatunek. To właśnie wokal buduje tu atmosferę tej wciągającej otchłani, zarazem lepkiej i klejącej jak i zimnej i odległej. Nie ma najmniejszych szans na zrozumienie tekstów, bo głos jest tu użyty bardziej jako instrument, to on de facto tworzy atmosferę „The Black”. A ta jest gęsta, piwniczna i choć często tempo jest zawrotne, to i tak czuję się jakbym brnął przez bagno, tracąc oddech i siły z każdą minutą. Powietrza jest tu mało, raptem w kilku momentach muzyka staje się bardziej przejrzysta ale to tylko dlatego, że akurat nie słychać wokalu. Takie zastosowanie głosu jest z jednej strony ciekawym zabiegiem, z drugiej – chciałbym usłyszeć ten album z wokalem bardziej wokalnym, że tak to ujmę. Bo w tej chwili mam wrażenie, że ten materiał powstał pod gardłowego i tę konkretną zastosowaną tu metodę wokalną. A przecież Goathrone tworzą utalentowani muzycy Zmory, co zresztą w kilku momentach wyraźnie słychać i chyba trochę szkoda, że Lord K. tak zdominował to wydawnictwo. Z drugiej strony trzeba mu oddać, że zrobił kawał roboty i co ważne – nie powiela tu swoich innych projektów. Ale, dość gdybania, bo to przecież solidny materiał w takiej formie w jakiej jest. Wystarczy posłuchać numeru „Varg” by jakiekolwiek wątpliwości co do możliwości zespołu minęły. Specyficzny to album i tak naprawdę wszystko w jego przypadku sprowadza się do jednego prostego wyboru – albo akceptujecie to co wyczynia wokalista albo nie. Ja zaakceptowałem i nie żałuję. 

Zapomniałbym - zajebiste brzmienie werbla, serio. 

Goathrone - „The Black”. Putrid Cult, wrzesień 2018.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz